Tereny Valfden > Dział Wypraw
Zgubiony trop
Istedd:
Nie zauważył, iż zranił je. Przypadkowo pewnie. Knykcie rozbolały go od ciężaru dzierżonej broni. Cofnął się o krok, lecz w porę zauważył, że jeden rzucił się nań do ataku. Nie chciał mieć wbitego w żywot żądła. Jakoś brzydka wydała mu się ta możliwość. Zaatakował więc prostym cięciem w zerk, w prawą część potwora. Powyżej nieco, gdzie człowiek miałby szyję.
Anette Du'Monteau:
Stwór oberwał ponownie, jednak nie dość żeby się poddać w swych zmaganiach. Teraz co i rusz zaczął wymachiwać przed Tobą żądłem oraz odnóżami. Skupiony na walce z tym przeciwnikiem, nie zauważyłeś zniknięcia drugiego owada.
Istedd:
Istedd nie był (jeszcze) wytrawnym szermierzem. Nie wyczuł więc, że odruchowo począł się cofać. Teraz stwór przejął inicjatywę, choć był nieco poraniony od miecza wojownika. Płaszcz rzeczywiście nie krępował ruchów, co niezmiernie pomogło mu w zmaganiach. Intuicyjnie stawiał kroki i zasłaniał się od żądła i odnóży. Mieczem raz odbił od swej piersi cios, następnie zaś wyprowadził kontratak. Włożył w to sporo siły. Teraz już miało nastąpić ostateczne uderzenie na owada, który sam był w ofensywie. Miecz przed tym ujął w oboj dłoni i ciął z brutalną siłą od dołu, nyżkiem. Sam nie planował tego ruchu. Zadał go intuicyjnie. W duszy miał nadzieję, że kobieta ostrzeże go w porę. Wtedy planował uskoczyć w przód, gdzie teraz znajdował się oponent. Lecz miecz śmignął paskudnie i jako-li żmija.
Anette Du'Monteau:
Drugi owad padł martwy na ziemię. Na szczęście ostatni przeciwnik zwyczajnie zniknął. Widać uciekł nim podzielił los swoich kompanów. Starsza kobieta również gdzieś się zapodziała, lecz po chwili wróciła niosąc pakunek.
-No, co by nie mówić masz wprawną rękę panie. Proszę, to za pomoc. Pewnikiem idzie pan w góry, a tam przyda się coś na ząb. Wrzuciłam trochę suszonego mięsa na drogę.
Istedd:
Kiedy drugi owad padł martwy Istedd obrócił się szybko. Na całe szczęście nic nie zaatakowało. Nie spostrzegł trzeciego z owadów. Uznał, iż ten zwyczajnie uciekł. I dobrze. Wytarł miecz w spodnie (wszak nie godzi się brudzić szaty). Odebrał niewielki pakunek od kobiety.
- Ależ dziękuję. Nic to nadzwyczajnego ubić takie dziadostwo. Dziękuję. Bywaj! - dodał owiązując konia. Dosiadł go bez gracji zbytecznej, zamachał kobiecie i odjechał w kierunku do którego zdążał. Znów począł powtarzać drogę w myśli sprawdzając również zawartość pakunku. Uśmiechnął się do siebie, gdyż był głodny. Zjadł nieco suszonego mięsa i jął umilać sobie drogę odgłosami konsumpcji mięsa. Odłożył później swą rację za pazuchę.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej