Tereny Valfden > Dział Wypraw
Wypaczona nadzieja
Axel Ontero:
Odwzajemniłem uśmiech kompana.
-Nie, nie przeraża mnie możliwość spania w lesie.- powiedziałem z uśmiechem na ustach.
Dosiadłszy konia poczułem na twarzy chłodny podmuch wiatru. Powoli ruszyłem za Julianem podziwiając tutejsze krajobrazy. Utrzymywaliśmy tempo. Z oddali dostrzegliśmy rozłożyste gałęzie drzew. Wydawało mi się, że w lesie jest ciemniej niż tutaj. Ale ciekawy klimat. Zaśmiałem się pod nosem aby nie rozpraszać pozostałych. Zapuściliśmy się dalej w głąb ciemnego, wilgotnego lasu.
Patty:
Skinęłam jedynie głową i wdrapałam się na siodło podprowadzonego mi konia. Rosły, gniady rumak szkolony specjalnie dla rycerstwa, by ponieść w bój zakutego w blachy wojownika. Taki wierzchowiec doskonale radził sobie w bitewnym zgiełku, nie bał się i potrafił wesprzeć swego jeźdźca w walce, kopiąc lub gryząc. Takiego właśnie wierzchowca przyszło mi okiełznać. Spięłam go mocno piętami, ostrogi wbiły się w skórę, a koń ruszył ostro przed siebie. ÂŚciągnęłam wodze, nie chciałam go przemęczać w pierwszych minutach jazdy. Zrównałam się z towarzyszami i popatrzyłam na drogę, ustawicznie zasypywaną śniegiem. Kolejne płatki spadały z nieba, zasnuwając podłoże delikatnym, białym puchem. Westchnęłam cicho, obserwując kłębiącą się przed twarzą parę. Koń rytmicznie stawiał nogę za nogą, a sama siedziałam zamyślona w siodle. Wiatr zawiał niespodziewanie, wzdymając płaszcz. Wzdrygnęłam się i z powrotem owinęłam tkaniną. Niska temperatura nigdy nie pozwoliła mi do końca polubić zimy, aczkolwiek to właśnie tę porę roku lubiłam najbardziej, bez gorących, parnych dni, gdzie na zewnątrz nie można było znieść nawet chwili czy wszechobecnej śmierci. W hemis wszystko zamierało, popadało w stagnację, marazm. Zmuszało do refleksji. To w zimie człowiek siadał przed kominkiem i wspominał dawne dni, praca nie odbierała mu całego dnia. Zakonnicy nie do końca pod tę łatkę podchodzili, ale to i tak najlepsze zajęcie, jakie dotąd znalazłam, a w życiu różnych zawodów się imałam. Teraz jednak, po objęciu stanowiska Mistrzyni poczułam, że jednak jestem na właściwym miejscu i robię to, co powinnam. Uśmiechnęłam się lekko do siebie i pogrążyłam w dalszych rozmyślaniach, zastanawiając się, co spotkamy w owej świątyni.
Julian:
Muszę sam sobie przyznać, że przyjąłem niebezpieczne zlecenie. Z jednej strony rzeczy, które dzieją się w świątynii mogą być tylko zwykłą paranoją mieszkańców wsi. Z drugiej jednak strony to stara opuszczona świątynia. To nie wróży nic dobrego. Szkoda jednak, że w dzielnicy handlowej nie dostałem kronik. Przydałoby się wiedzieć coś o tym miejscu. Jeżeli pogłoski o działaniu nekromantów w tamtych rejonach okażą się prawdą, nie będzie za wesoło.
Koniec myślenia. Za dużo analizujesz Julian.
Tegoroczny hemis jest wyjątkowo łagodny. Ziemia nie jest zamarznięta. Ułatwia to pracę, karawanom kupieckim codziennie przemierzającym ten trakt. Koń zaczął drżeć
- Spokojnie przyjacielu. Już niedługo postój.
Spojrzałem przed siebie. Wioska. Jesteśmy już blisko.
Jesteśmy na skraju pięknej wioski o nazwie Lumi
Sama wioska jest położona w Górach. Jest to ważny ośrodek kupiecki i administracyjny okolicznych terenów. Tamtejsi myśliwi są słynni na całe Valfden, a ich grzane piwa przekraczają nawet granice naszej krainy.
Sama wioska jest bardzo stara, została założona ponad 200 lat temu. Jeszcze przed utworzeniem naszego Bractwa. To tutaj poszukamy wskazówek do wydarzeń, które miały miejsce w świątyni.
///Odbędziemy w niej krótki postój.
Axel Ontero:
Wreszcie jakaś wioska. Zaczynałem już marznąć. Mój koń wydawał się wycieńczony więc zsiadłem z niego i spytałem mieszkańca tutejszej wioski gdzie mógłbym pozostawić mego konia, aby był pod dobrą opieką. Mężczyzna wskazał mi stajnie więc zaprowadziłem doń konia i wróciłem do reszty. Skierowałem wzrok na Juliana i powiedziałem lekko zgrzytając zębami:
-Julianie, co zamierzasz teraz zrobić?
Patty:
Koń spokojnie stawiał nogę za nogą, utrzymując szyk z pozostałymi wierzchowcami. Sama zaś w jednostajnym tempie kołysałam się w siodle, na zmianę przysypiając i uważnie lustrując drogę. Widać jednak bogowie byli nam przychylni i żadna nocna mara nie zaatakowała znienacka, burząc spokój przejażdżki.
W końcu jednak dojechaliśmy, może nie do punktu docelowego, ale zawsze coś. W takich chwilach człowiek czuje, że podróż jednak ma sens. Po prostu chce się żyć. Wjechaliśmy do wioski, wyraźnie różniąc się ubiorem od mieszkańców. Po ulicach, mimo hemis, chodzili zaaferowani wieśniacy. Ich stroje były nijakiego koloru, brązowe lub szare. Biel naszych szat współgrała z porą roku i jednocześnie w wyróżniała nas z tłumu. Poczuliśmy atmosferę lekkiej bojaźni, ale też przyjaźni. Bractwo nigdy nie miało na celu wzbudzać strach wśród maluczkich, nie prowadziło to do niczego dobrego ani nie ułatwiało nam zadań. Za to cieplejsze uczucia otwierały wiele drzwi. Uśmiechnęłam się lekko, zajeżdżając pod karczmę. Niemal natychmiast pojawił się młody chłopak, najwyraźniej stajenny. Niechlujny wygląd tylko temu dowodziły. Było jednak coś sympatycznego w rozczochranych, kasztanowych włosach i roześmianej twarzy. Podałam mu wodze, by poprowadził konia do stajni. Na odchodne rzuciłam mu złotą monetę. Złapał ją, cały uradowany i ruszył do jednego z boksów.
- Nocujemy tutaj? - rzuciłam w stronę towarzyszy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej