Coraz mniej kuszników zostało na murach. Byli efektywnie likwidowani. Kolejnym zagrożeniem była jednak piechota. Fala żołnierzy zbliżała się w zastraszającym tempie. Pierwsze potyczki już się kończyły, trup się ścielał po ziemi. Chwyciłem miecz pewniej i trzymając go dość nisko nieśpiesznie ruszyłem do przodu. Co rusz przebiegał obok jakiś wojak, siejąc po chwili śmierć lub samemu jej doznając. Ja jednak byłem spokojny. Zbliżyłem się do pierwszych wrogów. Jeden z nich, ciężko ranny, który właśnie dobijał "naszego" nawet nie zauważył, gdy srebro rozcięło mu tylną część szyi. Ruszyłem dalej. Ktoś wziął mnie sobie na cel - zaczął szarżować na mnie. Szybko zrobiłem krok w bok. Minął mnie zaskoczony, zaś ja zostawiłem głęboką bruzdę na jego plecach. Stęknął z bólu, byłem jednak nieugięty. Zaatakowałem ponownie, lecz zablokował i wyprowadził kontrę. Najpierw z lewej, potem z prawej. Sparowałem oba ciosy, po drugim wyprowadzając szybkie pchnięcie w korpus. Przeciwnik padł. Ja zaś rozglądałem się za kolejną ofiarą, rozmyślając, czy może nie przydam się jednak w grupie szturmowej...