Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tańce z liszami - Na ratunek Aragornowi
Eric:
Diomedes gwizdał cichutko pod nosem, obserwując rozwijającą się relację pomiędzy Zelerisem, a elfką, której nie znał. Miał dziwne wrażenie, że ostatnimi czasy ominęło go kilka ważnych wydarzeń i nie zauważył przybycia kilku nowych. Jednak dalece mu było do bycia rozochoconym na zawiązywanie nowych znajomości. Na razie poprzestał na obserwowaniu urodziwej elfki i przysłuchiwaniu się słowom dracona. Wiedział, że było to nieeleganckie, ale w owym momencie był tak gnuśny, że nie myślał o tak błahych sprawach.
Dragosani:
Nowicjusze, którzy to wytrzymują podobny ton bez wybuchu śmiechu co prawda orderów nie dostają, ale ci który by nie wytrzymali, byliby narażeni na długa tyradę zaczynająca się do słów "Za moich czasów" w wykonaniu Zelerisa, który tak na marginesie nie był wiele starszy od nich (czasem nawet młodszy). Ale cóż, po Draconie ciężko poznać wiek. Skłonił się lekko przed elfką i błysnął uśmiechem.
- Do usług. - powiedział, zaś w jego głosie prawie w ogóle nie było słychać ironii. Prawie. Bowiem można było wychwycić lekką jej nutkę. Coś w rodzaju strzępka piosenki, pośród szumu wichury. Porównanie to dość dobrze pasowało do Arcymaga Powietrza.
Izabell Ravlet:
Uprzednio dosiadając jednego z wolnych koni, teraz z niego zsiadłem. Przed nami czekał portal. Przeszedłem przez niego nie raz, jednak zawsze wzbudzał we mnie zainteresowanie. Zrobiłem mały przegląd po uczestnikach wyprawy i zauważyłem ją. Patty. W sumie z powodu znudzenia, ale i z ciekawości zbliżyłem się do niej i zaczęłem rozmowę:
Cześć, dawno żeśmy się nie widzieli. Rozmawiałem o tobie ostatnio z pewnym zakonnikiem, Elhatiasem bodajże. Widzę, że ci się powodzi, ale czy nie tęskno ci czasem za Gildią?
Eric:
I jak na komendę, mimo wiedzy na temat tego, co dzieje się z nowicjuszami w ten czy inny sposób nie okazującymi szacunku, Diomedes wybuchł gromkim, niekontrolowanym śmiechem, który odbił się głośnym echem po ścianach korytarzu. Rechotał bez umiaru, połykając coraz większe chmary powietrza. Zrobił się cały czerwony i niemalże zaczęło mu brakować tchu, ale śmiech nie ustawał, a w kącikach oczu zawitały łezki rozbawienia. Wiedział, że w tej chwili zwrócił na siebie uwagę całej drużyny, ale takie niezrozumiałe zachowanie było dla Diomedesa raczej normą i żaden z jego znajomych nie powinien się dziwić. Za to obdarzyliby go karcącymi spojrzeniami, które właściwie tylko wzmagały głupawki młodzieńca. Ale to nie on był winny. Po prostu widok swego mistrza, którego zawsze widział jako dupka nad dupki, a zarazem bardzo dobrego przyjaciela, co mogło wydawać się nieco ironiczne, który tak delikatnie i subtelnie prowadzi flirty ze śliczną elfką, był przekomiczny. Szczególnie, że ów mistrz był wielkim, paskudnym i strasznym draconem, z czarnymi łuskami, krzywymi i ostrymi jak brzytwa zębami i odstraszającymi rogami.
Anette Du'Monteau:
Zeyfar przeszedł spokojnie przez portal. Rozejrzał się po sali. Tu też stali strażnicy, jednak już inaczej wyglądający. Choćby ze względu na cerę, a o pancerzach i broni nie wspominając. Gdy wyszedł z pomieszczenia jego oczom ukazał się gród. Nie, już nie gród. Raczej zamek, wielki i imponujący, strzegący portalu i granic niczym samotny olbrzym z jasnego kamienia i czerwonej płytki. Praca jaką wykonali tutejsi architekci i projekty przez nich stworzone nie miały sobie równym.
Mauren westchnął mimowolnie. Idąc naprzód kiwał głową i kłaniał się witając tubylców. Przy jednym z baldachimów rozłożonych przed bramami fortecy odnalazł poszukiwaną twarz. Zbliżył się i oddał ukłon większy niż reszcie tutejszych ludzi.
-Witaj Matsumo-sama, miło mi cię znów widzieć. Przybyły już krasnoludy?
-Witam cię Zeyfar-san. Owszem, nasi goście zdążyli się już ulokować. Niedaleko stąd rozłożyli chwilowy obóz w oczekiwaniu. Z tego co mówili są w stanie zwinąć go w kilka chwil, więc bez obaw.
-Znając Yarpena nie śmiem wątpić w prawdziwość ich orzeczenia. - odparł spokojnie łowca. Czekał, aż reszta towarzyszy dołączy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej