Tereny Valfden > Dział Wypraw

Tańce z liszami - Na ratunek Aragornowi

<< < (100/118) > >>

Nessa:
   Mężczyźni z zamiłowaniem ryzykowali dalej. Jednak skoro tak rośli osobnicy mogli prześlizgnąć się obok strażnicy, to czemu drobnej elfce miało się to nie udać. Wzięła łuk do ręki, by przypadkiem nie zdradził on jej obecności, gdy jakiś strażnik z postanowi zerknąć przez okno. Włączyła tryb cichy skradania i bezszelestnie przeszła obok pomieszczenia.

Izabell Ravlet:
Stałem i rozmyślałem. Dość długo. Nie czułem upływu czasu. Z rozmyśleń wyrwał mnie upadek bariery. Oho! Teraz się zacznie - pomyślałem. Przez chwilę jeszcze kłóciłem się ze sobą - iść do kanałów czy zostać na polu bitwy. Argumentem odnośnie kanałów były moje magiczne możliwości, których nie miał nikt tam wchodzący. Jednakże owa misja wymagała zapewne bycia bezszelestnym. Z tym miałbym problem. Zdecydowałem więc, że zostanę na górze, a mój miecz zazna smaku krwi po raz pierwszy. Jednak zrobi to później. Najpierw nieco inne, magiczne sposoby. Najpierw musiałem się obronić przed lecącymi bełtami. Miałem asa w rękawie:
 OIIAH - mruknęłem. Jako że stałem raczej w pobliżu magów, innych średnio zdziwiły języki ognia, które zaczęły mnie powoli otaczać. W dwóch falach, po dwa bełty rozbiły się o aurę. Szkoda mi było jednak energii, a i ostrzał chwilowo ustał, więc rozproszyłem szybko zaklęcie. Zamiast tego wyostrzyłem zmysły:
 Elysh Osh Izqihuxuesh Arishesh, Xuanysh Izgroshel - wyrzekłem. Teraz wyraźniej widziałem strzelców na murach. Postanowiłem im się odwdzięczyć:
 OIIIG! OIIIG! OIIIG! - trzy strzały ogniste pomknęły w stronę kuszników. Nie byli oni niestety ślepi - pierwsza strzała chybiła, przed drugą został wykonany unik (mało efektowny zresztą). Trzecia strzała leciała jednak w stronę człeka, który właśnie przeładowywał kuszę. Był pochylony. Nie widział. Broń została załadowana, więc strzelec podniósł głowę. Nie zdążył zorientować się co się dzieje i ognista strzała dotkliwie poparzyła mu twarz. Z walki został już wyeliminowany i zapewne walczy o życie. Ja zacząłem jednak odczuwać "zmęczenie magiczne", więc wyciągnąłem miecz...

Gunses:
I zaczęła się kolejna wędrówka. Szybki bieg korytarzem, zwalnianie i ciche przemykanie obok strażnic. Grupa był niczym szczury, wędrowała sobie tylko znanymi ścieżkami, cicho, bezszelestnie, unikała światła mając za brata mrok, niczym przed kocim nosem, tak oni przed oczami strażników przechodzili bezszelestnie. Było raz tak, że musieli ukryć się w celi i udawać więźniów, nieoceniona tedy była pomoc złodziejaszków i ich wytrychów. Biegli bez wytchnienia wiedząc, że na górze szaleje piekło. Gunses dobrze zapamiętał mapę. Po chwili pokonali ostatnie schody i... wybiegli na balkon w środku wieży. Wieża była wysoka chna, miała kilkadziesiąt pięter. W środku niby pusta, miała na każdym piętrze balkon, piętra scalały kamienne schody rozwieszone niczym pajęczyna pomiędzy balkonami. Gunses momentalnie cofnął się pod ścianę, aby nikt z wyższych pięter go nie ujrzał. Tutaj było inaczej. Było w chuj dużo strażników. A zewsząd pomrukiwało jakieś potworzysko.
- Do diabła... - rzekł i chciał splunąć, ale przypomniał sobie, ze ma maskę - Gdzie ten wasz baron? Tylko nie mówcie, że na samej górze...

Hagmar:
Wedle raportów tak. Odparł Otomo, nie był z tego faktu zadowolony tak samo jak towarzyszący wam oddziałek krasnali.

Eric:
- Jeszcze nie widziałem krasnoludów, którzy by się tak dobrze skradali - mruknął z podziwem. Podrapał się po głowie i westchnął. Już dawno nie był na podobnej akcji, to też jego nogi zaczynały dawać o sobie znać rzadkimi ukłuciami bólu. Diomedes postanowił, że uintensywni swoje treningi, kiedy już wrócą. Jeśli wrócę, pomyślał.
- Tutaj nie przekradniemy się tak dużą grupą. Proponuję albo się podzielić i wychodzić w ustalonych odstępach czasu, albo wyznaczyć kilka osób odpowiedzialnych za całą misję - zaproponował.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej