Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tańce z liszami - Na ratunek Aragornowi
Dragosani:
Dracon przypatrywał się bacznie elfce. Spojrzenie jego smoczych oczu można by określić jako "przenikliwe". ÂŁatwo zwęszył kłamstwo Nudy. Wszak sam wielokrotnie łgał, więc miał w tej dziedzinie pewne doświadczenie. Co więcej, czułby niezadowolenie z siebie, gdyby kłamstwa nie dostrzegł. W końcu nawet kłamcy mają swoją dumę! Mimo to postanowił nie komentować samego faktu łgarstwa. Tak coby dziewuszka pomyślała, że się jej udało i ucieszyła się. Dracon był dobrym draconem. I Zelerisem też. Uniósł dłoń i dotknął policzka Nudy czarnym paluchem. Starał się przy tym nie podrapać jej pazurem. Nawet mu się to udało. Gest był może poufały, lecz mógł też sugerować "sprawdzenie jakości" skóry elfki. Następnie cofnął dłoń i pomacał własny polik.
- Hmm... wychodzi na to, że zbyt mało przebywam na świeżym powietrzu. - stwierdził, gdy wyczuł pod palcem twardą skórę. - Zatem dzięki za radę, o wielka znawczyni piękna. Zastosuję się do niej. - podziękował i zapewnił. W jego głosie drgała lekka nutka ironii.
Eric:
Diomedes zamarł w swym ruchu, którego celem było otworzenie drzwi do izby pod podkładem i przez przypadek przyglądnął się kolejnej niewinnej sytuacji, która rozwinęła się między Zelerisem, a elfką. Dosłyszał też słowa. Coś o zbawiennym wpływie powietrza na cerę, a potem słodkie mizianie się po policzkach paluszkami. Diomedes nie wiedział, czy rzygnąć z przesłodzenia, czy też może zachwycić się tym czysto romantycznym zjawiskiem, tak więc nie podjął się wykonania żadnej z tych czynności. Nie można było jednak powiedzieć, że to wydarzenie nie miało wpływu na młodzieńca. Z rozbawionym wyrazem twarzy odrzucił on od siebie wcześniejsze sprzeczki, które zmieniły jego nastrój z umiarkowanego dobrego w posępny i na ponów stał się radosnym Diomedesem. Podszedł do słodkiej pary i z wyraźną, wręcz wylewającą się radością w oczach wyciągnął palec i pomacał policzek dracona. ÂŁuski sprawiały opór i lekko drapały delikatną skórę palca Diomedesa. Było to podobne do uczucia gładzenia dość gęsto zarośniętej twarzy. Skóra, o ile tak można było nazwać to coś, co od zewnątrz pokrywało ciało Zelerisa, faktycznie była twarda. Diomedes wręcz nie mógł powstrzymać kąśliwej uwagi cisnącej się mu na usta.
- Faktycznie - mruknął z udawanym podziwem. - Twarda jak krasnoludzka stal! - dodał.
Elrond Ñoldor:
Nosferatu tylko przewrócił oczyma. Zszedł pod pokład poszukać tego sake.
Adaś:
Po mojej wypowiedzi nie wiadomo czemu zapanowała cisza. Czyżby Julian czuł się nie zręcznie po mojej historii? Nie mogłem długo myśleć gdyż pod pokład zszedł jeden z zamaskowanych kompanów. Nie wiedziałem który, gdyż nie umiałem ich poznać. Ich postura nie różniła się za bardzo od siebie. Postanowiłem okazać grzeczność i zaprosić go do stolika, nie chciałem krzyczeć na całą sale więc poczekałem aż zbliżył sie na tyle żebym nie musiał unosić głosu. Gdy to się stało spytałem:
-Przyszedłeś się z nami napić?- Nie czekając na odpowiedź mówiłem dalej- Bo jeśli tak to bierz kubek i zapraszamy.
Julian:
Naprawdę nie rozumiem tego. On był kiedyś zbójem, gnidą. A teraz piję ze mną - członkiem Bractwa sake. Dziwne są koleje losu.
Uśmiechnąłem się pod nosem i powiedziałem:
-Coś mówiłeś? Przepraszam zamyśliłem się.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej