Spojrzałem w górę. Cztery smoki! Czy to kiedykolwiek jest możliwe do powstrzymania? Słyszałem wszystkie rozmowy towarzyszy wokół mnie. Mieliśmy wytrwać dziesięć minut i nadejdzie pomoc. Niby nie dużo, dziesięć minut to nic w porównaniu z życiem człowieka. Jednak dziesięć minut w piekle urządzonym nam przez wyznawców Oma było nie do wytrzymania, bądź graniczyło z cudem. Spojrzałem na swój miecz. To był mój przyjaciel. Ratował mi życie i był wierny od początku i będzie do samego końca. Przeznaczony mi w rytuale powiązania z krwią. Potem spojrzałem na jednego ze smoków wirujących w powietrzu. A gdyby tak?... Nagle skupiłem w sobie odpowiednią porcję energii i uniosłem się gwałtownie do góry. Mogło się to wydawać szalone, może nawet samobójcze, jednak nie miałem wyjścia. Moim kompanom zagrażała śmierć a obecnie byliśmy wszyscy niemal bezbronni. Czasem trzeba się poświęcić. A nuż się uda. Leciałem w stronę jednego ze smoków. Był on wystawiony do mnie tyłem, więc miałem pewną swobodę działania. Jednak tu było ich więcej. Nagle któremuś ze smoków zachciało się pozbyć mnie. Zapewne byłem dla nich jak natrętna mucha. Kula ognia pofrunęła w moją stronę. Widząc to przyspieszyłem lotu, zwłaszcza, że nie miałem tyle pokładów energii magicznej co np. Zeleris. Pocisku jednak nie uniknąłem. Kula trafiła w moją nogę, zajmując cały but płomieniami. Nie miałem czasu by to jakkolwiek ugasić. Pięta o piętę zsunąłem płonącego po cholewę buta. Spadł gdzieś w tłum. Szczęśliwie, reszta zbroi nie zajęła się ogniem. Szybko wylądowałem na grzbiecie upatrzonego wcześniej smoka. Szczęście w nieszczęściu, że teraz jeden nie będzie atakował mnie bo, może zranić drugiego, tego na którym stoję. Teraz musiałem się przemieścić w miejsce gdzie siedział pilot. Być może bestia się nie zorientuje. Co ciekawe po latającym smoku nie da się chodzić. Musiałem trzymać się jego grzbietu rękami i nogami. W połowie drogi, gdzieś pomiędzy skrzydłami smoczyska, ten chyba się zorientował. Bowiem podwijając ogon do góry, uderzył jego koniec prawie idealnie we mnie. Prawie, bo nie trafił w tułów, a nogę. Oczywiście moja kość gruchnęła z przyjemnym chrupnięciem. Chodzenie, nie było już tak łatwe. Starając się wydostać spod zasięgu ogona, zacząłem wykorzystywać całą moją siłę. W efekcie dotarłem d nasady jego głowy. Tu było potencjalnie bezpiecznie. Szybko sięgnąłem do cholewy buta, tak do cholewy drugiego, bo jeden zrzuciłem już wcześniej. Stamtąd wyciągnąłem różdżkę, którą nakierowałem na miecz. – IGOI! – wykrzyczałem a kula ognia objęła swymi płomiennymi ramionami całą klingę. Wtedy zacząłem mój taniec śmierci. Wstałem ciut wyżej i przysunąłem się bliżej czoła smoka. Z całej siły jakiej tylko miałem jeszcze w swym organizmie wbiłem płonące ostrze w gałkę oczną bestii. W sumie, miecz wbity w gada dawał mi jak takie oparcie. Teraz trzymałem się go jedną ręką, drugą zaś w której dzierżyłem różdżkę, wymierzyłem w skrzydła smoka. – IGOI! IGOI! - posłałem kulę ognia raz w jedno, raz w drugie. Po zabiegu, błyskawicznie, schowałem różdżkę za pas i wyciągnąłem miecz z oka smoka. Zacząłem dźgać go, gdzie tylko odnalazłem bardziej miękki kawałek skóry. Wszystko to jednak w wyznaczonym obszarze, aby nie tyle go ranić, co zabić. Spędziłem na tej głowie, już trochę czasu, a znając anatomię smoka, dopatrzyłem się specjalnego miejsca, pod którym powinien być jego mózg. Skupiłem w sobie całą siłę. To była chwila decydująca o moim życiu lub śmierci. Na nic więcej nie mogłem sobie pozwolić. – Aaaaarrgh! – wykrzyczałem i zatopiłem ostrze w czaszce smoka. Bestia zawyła przeraźliwie Znaczy udało się? – przeszło mi przez myśl. Prawdopodobnie tak, bowiem imperialny smok, ostatnim odruchem, jakże typowym też dla ludzi, uderzył łapskiem w miejsce skąd dochodził ból. Uderzenie było celne, bowiem było, uderzeniem agonalnym, jednak było na tyle silne, że złamało mi przynajmniej trzy żebra. Tym samym rozwalając zbroję końcem pazurów, które to o mnie zahaczyły, przy okazji konkretnie orając mój bok. Smok, a raczje truchło zaczęło opadać, ja się ześlizgnąłem i opadałem oddzielnie. Nie miałem siły wygenerować na tyle energii by wyhamować upadek lewitacją.
- Zeleris, mam nadzieję, że jesteś tu gdzieś obok. Błagam – krzyknąłem ostatkiem sił i zemdlałem. Tak mi się wydaje, przynajmniej straciłem chwilowo przytomność.