Tereny Valfden > Dział Wypraw

Niepokoje na południu...

<< < (19/37) > >>

Dragosani:
Nowicjusz dzielnie i niezbyt rozważnie ruszył, aby poznać sekret dwójki mężczyzn wchodzących sobie w czarny otwór w krzakach. Decyzja mogła okazać się fatalna w skutkach, gdyby natknął się na kogoś. Jednak bogowie mu sprzyjali, w okolicy nie było nikogo. Dwaj mężczyźni również zniknęli. Diomedes wszedł w kępę krzaczorów. Rozglądał się bacznie, lecz niczego nie dostrzegł... przynajmniej z początku. Po chwili jego bystre oko wychwyciło pewną regularność w trawie, liściach i kamykach leżących na ziemi. Nachylił się i zorientował się, ze zostały one na stałe przymocowane do podłoża, stanowiąc wyśmienity kamuflaż. Gdyby nie to, ze chłopak wiedział już że coś jest nie tak z kępą, nigdy nie zorientowałby się z czym rzecz. Pod ściółką była zamaskowana klapa, obecnie zamknięta.

Eric:
Podziękował bogu za to, że chociaż raz jego wzrok się na coś przydał. Inaczej błądziłby na tym małym obszarze jeszcze masę czasu, aż w końcu przypadkiem znalazłby tę klapę, lub ktoś wyszedłby na zewnątrz. Zabawnie by było, gdyby w tym samym momencie Diomedes na niej stał. Odrzucił jednak precz niepotrzebne myśli zaprzątające jego głowę i na czworaka podszedł bliżej. Przyłożył ucho do klapy, by sprawdzić, czy przypadkiem ktoś za nią nie stoi. Wewnątrz pewnie jest pieruńsko ciemno, pomyślał. Jak otworzę tą klapę, to nie ma chuja, zaraz zauważą, że ktoś wszedł do środka. Chyba, że naprawdę będę miał szczęście. Przez chwilę zastanawiał się, czy warto tak narażać swoją łaskę od boga i raz jeszcze zdawać się na łut szczęścia, zesłany jakoby dar z niebios. Stwierdził, że w sumie nigdy nie był nazbyt religijny. Uchylił klapę i przez odsłoniętą szparkę chciał dojrzeć, czy byłoby to bezpieczne. Do środka wpadł mały promyczek światła. Miał nadzieję, że nikogo nie zaalarmuje. Ciągle zastanawiał się nad podjęciem jakiejś decyzji. Pokręcił jednak głową i zdecydował się nie ryzykować. Obiecał wrócić w przeciągu godziny, tymczasem minęło już dużo czasu i Darlenit mógł zacząć nabierać podejrzeń, co do tego, co stało się z jego kompanem. Diomedes postanowił oszczędzić nerwy maurena i powoli, zgrabnie zaczął wycofywać się do miejsca, gdzie był wcześniej. Zważał też na to, by nie zauważył go ktoś, kto również mógł należeć do wyznawców morskiego kultu, a akurat zachciało mu się wpaść do kryjówki. Z ogromną ostrożnością, której tak obfitych pokładów jeszcze nigdy w sobie nie dostrzegał, wyszedł z krzaków zasłaniających dobrze zakamuflowane wejście do jaskini i wyszedł na odkryty teren obok klifu. Rozejrzał się wokół i szybkim, acz zgrabnym biegiem puścił się z powrotem do miasteczka. Miał nadzieję, że galopujący niczym zdesperowana antylopa margines społeczny w łachach sprzed wojny wampirów z wilkołakami, nie wzbudzi podejrzeń, a tym bardziej paniki. Jednakże było to bardzo prawdopodobne. Diomedes starał się zatem unikać ludzkich oczu. Chciał jak najszybciej dotrzeć do posterunku.

Dragosani:
Więc pędził młodzieniec poprzez uliczki i aleje. Niczym wicher, co od strony morza wieje. Ludzi roztrącał i mijał wozy,. I pędził co sił, do swego brata w magii. Nie chciał aby martwił się on. Co było iście miłością braterską. I biegł w stroju żula przez miasto chyżo. Mijał i wpadał na ludzi. I dostał przez to podgniłym ogórkiem w łeb. Ciśnięty on został z tłumiku kupców. I nie warto było sprawcy szukać. Młodzieniec wpadł nagle na kobietę piękną. Rudowłosą o twarzy bogini godnej. Pech chciał, ze była on właśnie tą, którą zapytał o drogę do karczmy wcześniej. Wyzywała go jeszcze, gdy odbiegał. Nazywając pijakiem, żulem i włóczęgą. Groziła straż wezwać lecz nie wiedziała, ze natenczas ów "strażą" jest młodzieniec właśnie! I dotarł w końcu człek modu na posterunek. Zziajany stanął przez wejściem celi swego.

Eric:
Zdyszany, zmęczony i zlany potem, który po wsiąknięciu w śmierdzące łachy dodał ich ogólnemu zapachowi dodatkowej mocy, wszedł z hukiem na posterunek milicji i z trudem łapiąc oddech starał się w miarę zrozumiale przekazać to, co miał na myśli. Były one trochę nieuporządkowane i chaotyczne, ale udało mu się złożyć dość składną i zrozumiałą wypowiedź.
- Ten klif, trafiliśmy w sedno! - wykrzyczał dysząc. - Zaczaiłem się tam i szukałem wejścia do jakiejś jaskini, ale nic nie znalazłem. Ale potem przyszło jakichś dwóch facetów ze skrętami, dość dziwnie się zachowywali, więc nie spuszczałem ich z oczu, no i słusznie, bo posiedzieli chwilę i zaraz zniknęli w krzaczorach. Zaraz wszedłem tam za nimi i odkryłem klapę, która ni chybi prowadzi do kryjówki tych fanatyków. - zakończył. - Albo to magazyn zielska - dodał po krótkim namyśle. - W każdym razie, nie sprawdzałem wnętrza. To było zbyt ryzykowne. - rzekł. Jego oczy rozpaczliwie poszukiwały dzbanka z jakimkolwiek napitkiem.
- Macie tu wodę czy coś? Strasznie się zdyszałem.

Izabell Ravlet:
Wydaje mi się, że taki układ spraw nie będzie po naszej stronie. Musielibyśmy, najlepiej niezauważeni, przejść tym tunelem i zaatakować, uwalniając ofiary. To nie będzie łatwe - stwierdził mauren po chwili namysłu

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej