Tereny Valfden > Dział Wypraw

Niepokoje na południu...

<< < (18/37) > >>

Eric:
Diomedes nie miał tutaj zbyt dobrych warunków do podsłuchiwania. Postanowił się wspiąć nieco na górę, tak więc płazem przylgnął do skalistej powierzchni klifu i po cichu podciągnął się kilka metrów. Miał nadzieję, że uda mu się dostrzec choć zarys sylwetki rozmówców, ale tym bardziej pragnął usłyszeć rozmowę. Martwił się też, czy to nie para jakichś platonicznych kochanków, którzy przyszli podziwiać widok morza z klifu, który bądź co bądź był dobrym punktem widokowym. Teraz, pomyślał, przydałaby mi się ta pieprzona moc Darlenita. Westchnął bezgłośnie i oczekiwał na rozwój wydarzeń.

Dragosani:
ÂŹródłami głosów byli dwaj mężczyźni. Nie wyglądali na parę kochanków. Ale kto ich tam mógł wiedzieć? Oczywiście Diomedes nie dosłyszał ich słów. W sumie nie było nawet czego słuchać. Po krótkiej rozmowie obaj zamilkli. Usiedli na jednym z głazów. Jeden z nich wyciągnął skręta i odpalił go. Zaciągnął się po czym podał drugiemu. Scena była normalna. Po prostu dwójka kumpli przyszła odprężyć się poza miasto. Lecz było w tym coś dziwnego. Nowicjusz nie mógł określić co. Może to, że obaj mężczyźni zerkali co chwilę w stronę miasta. Zupełne jakby obserwowali czy nikt za nimi nie szedł. Poza tym nie rozmawiali, co z pewnością czyniliby koledzy.

Eric:
No tak, pomyślał. Przyszli sobie zapalić poza miasto, żeby nikt ich nie przyłapał. W sumie zrozumiałe. Pewnie nie chcieli, by władze wpadły na trop jakiejś bandy handlującej zielskiem. Diomedes był tak urobiony i zmęczony życiem, że bardzo chętnie usiadłby sobie tam z nimi i sam zaciągnął się trawką. Niestety miał teraz wyższe priorytety. Nie chciał zostać zauważonym, tak więc gdy wrócił do poszukiwania wejścia do jaskini, ciągle utrzymywał wzrok na dwójce kumpli napawających się dobrym skrętem. Powoli zaczynał myśleć, że to wszystko nie ma sensu. Klif ponoć był jednym wielkim zbiorowiskiem jaskini, tymczasem Diomedes nie potrafił znaleźć wejścia do żadnej z nich. Czas upływał, a on dał jasno do zrozumienia władzom, co miały robić, gdyby nie wrócił w przeciągu godziny. Zapragnął wrócić na posterunek i poprosić o więcej czasu, jednak uznał to za głupie rozwiązanie, stawiające jego osobę w niezbyt przychylnym świetle.

Dragosani:
Bardzo logicznym posunięciem były poszukiwania wejścia do jaskini w której odprawiane są krwawe rytuały. W końcu  tym, który je odprawiają, na pewno zależy na tym, aby jakiś przypadkowy przechodzień ich nakrył. Zapewne właśnie ta logika kierowała poczynaniami młodego nowicjusza. Chodząc po klifie nie znalazł niestety wejścia. Zerkając na siedzących na głazie mężczyzn dostrzegł jednak nagłe poruszenie. Nagle wstali. Tak po prostu, bez żadnego znaku. Ruszyli w kierunku jednej kępy drzew i krzaków. Weszli w zarośla... i zapadli się pod ziemię. Dosłownie. Nowicjusz dostrzegł jak wpół zakryte przez liście sylwetki zniżają się, jakby schodzili do jakiejś dziury.

Eric:
- Bingo - szepnął do siebie. To wyjaśniało nieco podejrzane zachowanie. Zastanawiał się, czy już powinien powiadomić Darlenita i komendanta. Postanowił jednak przyjrzeć się sprawie bardziej dogłębnie. Odczekał moment po czym ruszył w to samo miejsce, w którym zatopili się dwaj mężczyźni. Powoli przesuwał stopy, aż dotarł do miejsca, w którym rozciągały się krzaki. Uważał, by nie nastąpić na jakąś zabłąkaną gałązkę i nie wywołać trzasku. Rękami rozchylił sobie małe przejście, aby krzaki za bardzo go nie podrapały. Zaczął się martwić, że smród ubrania może go wydać, tak więc miał nadzieję, że tam w dole zapach również nie będzie zbyt przyjemny. Ostrożnie, patrząc z uwagą pod nogi, ruszył tropem podejrzanych.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej