Tereny Valfden > Dział Wypraw
Niepokoje na południu...
Eric:
Diomedes chwycił szmaty między palce i trzymał je jak najdalej od siebie. Zlustrował je krytycznym wzrokiem. Jego brew powoli zaczęła się unosić, zaś na ustach pojawił się typowy dlań uśmieszek.
- Zawsze o takim marzyłem. Ludzie od razu rozpoznają mnie jako typowego milicjanta, nawet nie będę się musiał legitymować! - powiedział i rozejrzał się wokół. Poszedł do kąta i nadal głupio się uśmiechając zrzucił z siebie błyskawicznie szatę i wskoczył w łaszki, które podarował mu komendant. Pasowały idealnie, ale cuchnęły niemiłosiernie. Diomedes przyzwyczaił się już do nieprzyjemnych odorów, ale jego nos był niezwykle wrażliwy, tak też z trudem powstrzymywał się od zwrotu piwa, które wypił na koszt firmy. Efekt przymulenia i obrzydzenia pogłębiały ślady rzygowin, śliny i uryny na stroju. Jednakże dodawały też wiarygodności, a to było ważne. Z drugiej strony, Diomedes pomyślał, że gdy strój jest aż zanadto wiarygodny, to zaczyna wzbudzać podejrzenia. Stwierdził jednak, że ma to już wszystko gdzieś. Podszedł do mapy, którą wyłożył na stół komendant, wpatrywał się w nią chwilę zapamiętując drogę do klifu.
- No dobra. Wychodzę. Jak nie wrócę w przeciągu godziny, to albo zaczadziłem się w tym jebanym smrodzie, albo... No sami wiecie. - powiedział i na pożegnanie wykonał typowy gest dłoni. Cały swój ekwipunek wraz z mieczem zostawił na posterunku, by nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń. Broń nie była mu potrzebna. Jego misja polegała tylko i wyłącznie na przeszpiegach. To dodawało jej adrenaliny - gdyby fanatycy go przyłapali, wykryli w swej kryjówce, to miałby do rozwiązania nie lada problem. Na szczęście zachował na tyle rozsądku i za pazuchą schował różdżkę, jedyną tak potężną, a zarazem tak kieszonkową broń. Ruszył trasą w stronę klifu. Miał nadzieję, że pamięć go nie zawiedzie.
Dragosani:
- Zatem powodzenia, chłopcze. - rzekł komendant, gdy Diomedes przywdział swój tymczasowy uniform i wyszedł. Na zewnątrz wciąż świeciło słońce. Nic dziwnego. Było popołudnie późnego Astas. Na ulicach było sporo ludzi. Skrzętnie unikali bliskości Diomedesa, z racji smrodu jaki wydzielał jego strój. Chłopak skierował się na wschód, w stronę wybrzeża. Jedynie głupiec mógł nie trafić. Diomedes głupcem nie był, chociaż często sprawiał takie wrażenie. Po kilkunastu minutach wyszedł z terenu zabudowań. Kilkadziesiąt metrów dalej była woda. Nieco dalej na południe wzdłuż rzeki zaczynał się klif. Był wysoki i postrzępiony. Na jego szczycie widać było inne skały, niewielkie drzewa i krzewy.
Eric:
Diomedes nie dosłyszał pozdrowienia komendanta, zbyt szybko wyszedł na zewnątrz i nawet nie zwrócił uwagi na jego słowa. A szkoda, bo pewnie skłoniło by go to do przemyśleń, jak szybko wrogo nastawiony szefuńcio zmienił wobec niego swoje zachowanie. Teraz jednak z iście aktorskim talentem zataczał się jak prawdziwy pijak, rzadko utrzymując pozycję całkowicie prostopadłą do ziemi. Bliżej mu było do równoległej. Kiedy jednak oddalił się od ludzi, przestał się wydurniać. Tu należało zachować ostrożność, a Diomedes nie zamierzał popełnić głupiego błędu spowodowanego jej brakiem. Skupił się najlepiej jak potrafił, choć nijak nie mogło to dorównać wyostrzonym zmysłom wampirów, czy choćby głupiemu zaklęciu, które stosował Darlenit. Jednak Diomedes miał doświadczenie w podobnych sytuacjach. Uspokoił rytm oddechu, tak jakby szykował się do snu. Tak samo postąpił z sercem. Szeroko rozwarł oczy i nadstawił uszu, by słyszeć każdą falę z pluskiem uderzającą o skalisty klif. Prawą rękę trzymał w gotowości przy miejscu, gdzie schował różdżkę. Rozejrzał się wokół i z ulgą stwierdził, że nikt go nie obserwuje. Chyba. Powoli, ostrożnie ruszył w stronę klifu. Miał nadzieję, że znalezienie wejścia do kompleksu jaskini nie okaże się zadaniem niewykonalnym dla niego i jego obeznania w tutejszym terenie. Szukał nawet najmniejszego otworu, który ziałby mrokiem i czernią, wręcz zapraszając do wnętrza.
Izabell Ravlet:
//Ja ci dam głupie zaklęcie!
Ponawiam pytanie, panie komendancie. Mamy jeszcze jakieś tropy w sprawie zaginionych?
Dragosani:
Darlenit
Komendant spojrzał na adepta miażdżącym wzrokiem.
- Gdybym wiedział coś więcej, powiedziałbym to już na początku. Teraz pozostaje nam tylko i wyłącznie czekać aż wróci twój kompan. - westchnął. - Wiem, że to będzie frustrujące, ale raczej nie mamy wyboru. - dodał.
Diomedes
Nowicjusza tymczasem dobiegał szum fal i plusk wody. Odgłosy dość typowe dla wybrzeża. Więc nie należało zwracać na nie uwagi. Chłopak chodził po klifie szukając czegoś, co chociażby lekko mogło przypominać wejście do jaskini. Na przykład wielką dziurę w skale z tabliczką "Tajna kryjówka bluźnierczego kultu - nie wchodzić!". Niestety kultyści nie byli tak przewidujący, aby spodziewać się wizyty wysłannika Gildii, więc takowej tabliczki nie wywiesili. Podobnie jak sama natura nie wytworzyła dziury. Jeżeli tutaj była, z pewnością została dobrze ukryta. Jednak poszukiwania Diomedesa nie poszły na marne. chodząc po klifie, pomiędzy drzewkami i głazami, usłyszał strzep rozmowy. Kilka słów, które zostały niemal zagłuszone przez szum fal. Ktoś wchodził na szczyt klifu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej