Tereny Valfden > Dział Wypraw
Niepokoje na południu...
Izabell Ravlet:
//Czemu nie uwzględniłeś mojego wielkiego wejścia, Drago?
Dragosani:
// <facepalm> To że zaczął opowiadać wam o kulcie, było uwzględnieniem. Samemu Diomowi powiedzieć nie chciał.
Eric:
Diomedesowi spodobała się zadziorność komendanta, widać nie stracił jeszcze resztek swojej dumy, a i potrafił się odezwać. Symfonia ironii nie robiła jednak na nim wrażenia. To nie milicjant grał w niej pierwsze skrzypce. To Diomedes miał zagrać główną rolę i zamienić w symfonię destrukcji. Ucieszył się na tę myśl i przeanalizował dodatkowe informacje, których dostarczyło mu zeznanie świętej pamięci zielarza.
- No tak. Ciemną milicję należy prowadzić za rączkę - powiedział nazbyt przyjaźnie i ze zbyt radosnym uśmiechem. - Sprawa nie jest prosta. Dziękuję za dodatkowe informacje, sam wiedziałem tylko o kulcie czczącym coś z morza. Teraz znamy na dodatek porę, ich liczbę i tego, kto im przewodzi. Zastanawiająca jest postać tego maga. Jeżeli faktycznie wyszkolony jest w sztukach magicznych, to powinienem zostawić go Darlenitowi, ja sobie nie poradzę. - powiedział i zmarszczył czoło. - Dobrze by było odnaleźć ich kryjówkę. Proponuję oczywistość: obserwację wybrzeża. Najlepiej nie tylko o świcie. Nie atakowałbym ich jednak od razu, choć jeśli będą składać ofiarę, to może się to okazać konieczne. Najlepiej byłoby poczekać aż zakończą ceremonię. Wtedy być może wrócą do kryjówki. Jeśli tam przetrzymują swe ofiary, to nawet jeżeli pozbędziemy się ich wszystkich, to możliwe, że ich nie znajdziemy. I teraz stajemy przed wyborem moralnym. Czy poświęcić jednostkę dla większości, czy jednak szukać innego wyjścia? - zapytał. Domyślał się, że raczej nie będą chcieli dopuścić do śmierci jakiejkolwiek niewinnej osoby. Rozumiał to. W każdym człowieku drzemał swego rodzaju heroizm, coś, co nie dopuszczało do ludzkiego umysłu myśli, że ktoś może kogoś poświęcić, dla dobra większości. Jednak czasami trzeba było wziąć pod uwagę taką możliwość. Rozpatrzyć ją i stwierdzić, czy jest koniecznością. Jeśli była, to ze łzami w oczach, ale trzeba było ją zastosować.
- Jeśli dojdzie do bezpośredniej konfrontacji, to bez obrazy, ale chyba jesteśmy udupieni. Nie znam pańskich, ani pana podwładnych umiejętności, sam zaś jestem wręcz pewien, że z dziesiątką szalonych fanatyków nie dam sobie rady. Tacy ludzie są zbyt nieprzewidywalni, zbyt żywiołowi i potrafią być zdesperowani tą chorą desperacją, która wręcz obrzydza. - powiedział i usiadł. - A tak. Ktoś może mi powiedzieć, którą mamy godzinę?
Izabell Ravlet:
//Przeczytałem tamtą wypowiedź dwa razy i nie zauważyłem odniesienia do mnie. Ale jak chcesz...
Pozwólcie, że spytam. Co ten kult ma do naszych zaginionych nowicjuszy? Czyżby podejrzewał pan, że zostali oni porwani?
Eric:
- Nie, kuźwa. W mieście jest sobie wesoły, radosny kult fanatyków jakiegoś paskudztwa z morza, który tylko czasami składa krwawe ofiary z ludzi. Jakże dwójka zaginionych tu niedawno nowicjuszy mogłaby mieć z tym coś wspólnego? Darlenicie, błagam... - powiedział patrząc z niedowierzaniem na towarzysza.
- Jeśli nie to, to co? Oczarowała ich jakaś portowa prostytutka i skłoniła do wiecznego współżycia z nią gdzieś w cuchnących kanałach w towarzystwie szczurów?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej