Tereny Valfden > Dział Wypraw

Niepokoje na południu...

<< < (5/37) > >>

Eric:
Diomedes zarechotał pod nosem i wykrzywił swoją twarz w podłym, typowym dla niego uśmieszku. Wyszeptał coś, co brzmiało jak "dzięki" i położył dwie dłonie na ladzie. Gdy podnosił prawą kufel, lewą błyskawicznie zgarnął zwitek papieru i zamknął go w pięści. Mrugnął przyjaźnie do karczmarza i łyknął piwa. Miał nadzieję, że Darlenit nie pozna, że pił, no ale z drugiej strony przecież nie mógł odmówić takiej uprzejmości. Gdy skończył, stłumił beknięcie i dla zabawy próbował zdmuchnąć pianę z wąsów. Z głupotą, która była nieodłącznym elementem jego żywota (choć objawiała się zazwyczaj tylko w prostych czynnościach), wdmuchnął sobie część piany do nosa i kichnął siarczyście. Zaczerwienionymi oczami uśmiechnął się przepraszająco do karczmarza i w końcu, nie mogąc się już doczekać treści zwitka, rozłożył papierek i łapczywie zaczął czytać jego zawartość.

Izabell Ravlet:
Ehhh.. - mruknął mauren. Już teraz wiedział, że trafił na "niefajne" towarzystwo. Idąc nieco z tyłu zaczął się przyglądać okolicom
 EOIAXI - szepnął. Wyostrzone zmysły mogły się przydać...

Dragosani:
Diomedes

Widząc co wyczynia nowicjusz, a w szczególności jego próbę zdmuchnięcia piany z wąsów, karczmarz pacnął się w czoło wykonując powszechnie znany gest słynnego kapitana o wspaniałej łysinie, który dowodził pewnym statkiem. Lecz nie skomentował tego, gdyż musiał obsłużyć innych klientów. Na skrawku papieru było nabazgranych kilka słów.

Za kwadrans na podwórku za karczmą.

Darlenit

Gdy czarnoskóry adept wypowiedział i aktywował zaklęcie jeszcze nie wiedział jaki błąd popełnia. Doszło to do niego po chwili. Konkretniej po tym, jak wiatr powiał od strony po której szedł Nobby. Walory zapachowe kaprala jasno  dowodziły, że dbanie o higienę nie jest jego priorytetem życiowym. Wyostrzony słuch Darlenita natychmiast pozwolił mu usłyszeć masę bezsensownych informacji. Jak choćby plotki o ostatnich atakach podagry miejscowego rzeźnika. Po kilku minutach patrolu do milicjantów i adepta podbiegła mała dziewczynka. Brudny, zasmarkany bachor złapał czarnoskórego za rękaw szaty.
- Pomogą panowie milicjanci? - zapytała nieco niewyraźnie. - Prosze, prosze, prosze... - przy każdym "prosze" szarpała rękaw szaty adepta. 

Izabell Ravlet:
Panowie, co robimy? - zapytał z nadzieją milicjantów. Miał ogromną nadzieję, że się zgodzą. Widok dziewczynki chcącej pomocy łapał za serce. Mauren zwrócił się do dziecka:
 Co się stało?

Eric:
Diomedes zmarszczył czoło, próbując przeczytać poinstruowania. Wiedział już, że lekarze mają w zwyczaju bazgrać, ale żeby i karczmarze? To zadanie powoli zaczynało mu dostarczać nowych, niezbędnych do rozważań na tematy o sensie egzystencji informacji. Ze zdziwieniem zauważył u siebie wdzięczność dla Zelerisa, który go na nie posłał. Nie miał teraz jednak czasu na rozmyślania. Był człowiek raczej niecierpliwym, a że nie miał już nic w karczmie do roboty, to wolał zaczekać w miejscu wyznaczonym na spotkanie. To jest na podwórku za karczmą. Niezbyt romantyczna miejscówka, stwierdził. Ale też nie ubolewał nad tym, co on dziewka jaka niespełniona? Tak więc opuścił lokal i udał się za budynek. Do spotkania pozostało prawie całe 15 minut, tak też usiadł na ziemi i zabraną z ziemi gałązką począł bazgrać coś po ziemi.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej