Tereny Valfden > Dział Wypraw

Niepokoje na południu...

<< < (35/37) > >>

Eric:
- O, cześć - powiedział zaskoczony, podskakując na siedzeniu. - Skończyłeś już z tym staruszkiem? Co on tam robił w ogóle? - zapytał zaciekawiony. - Jak chcesz. Osobiście chętnie bym się jeszcze z panem komendantem zobaczył, ale równie dobrze możemy już wracać - powiedział i nagle przypomniał sobie o czymś ważnym. Zaczął grzebać w kieszeniach i wyciągnął pokaźną sakiewkę, a z połów szaty wygrzebał okazale wyglądającą flaszkę.
- To dla ciebie - powiedział. - Nie, nie ode mnie - dodał, uprzedzając głupie pytanie. - To nagroda od karczmarza. A ta flaszka, to najlepsze gówno, jakie kiedykolwiek przyszło mi pić. Nawet Domenicowa gorzałka tak nie orze gardła. Zresztą sam spróbuj - wyrzekł i podał Darlenitowi kieliszek, do którego wcześniej nalał sobie trunku. Nie mógł się nacieszyć jego smakiem i postanowił, że po powrocie musi napić się z Zelerisem. W końcu jeszcze nie opili jego awansu na nowicjusza. Wstał od stołu nieco chwiejnie i podtrzymał się na maurenie dla podtrzymania równowagi. Był lekko podchmielony, widać było, że trunek nie tylko pali jak czort, ale i ma konkretną zawartość alkoholu. Diomedes jednak był ciągle w stanie myśleć trzeźwo, choć wydawał się znacznie weselszy i pogodniejszy niż wcześniej. Ot typowe działanie gorzałki, zwyczajne polepszenie humoru.
- No to chodź, wstąpimy jeszcze na komendę i się stąd zwijamy - powiedział i powściągnął wargi. - Nie podoba mi się ta sprawa z tym całym magiem. Za cholerę mi się nie podoba - dodał, marszcząc brwi.

Dragosani:
I jak postanowili, tak zrobili. Poszli na komendę. Biedny Darlenit musiał prowadzić nieco spitego Diomedesa. Budzący się mieszkańcy miasteczka zapewne uznali ich za przyjezdnych, który po prostu przesadzili w karczmie. Droga dna posterunek minęła szybko. Znali ją i nie zgubili się. W kilka chwil doszli pod komendę. Weszli do budynku. Za biurkiem siedział komendant. Jadł pączka. Widząc przybyłych uśmiechnął się.
- O, dobrze że jesteście. - powiedział. - Mam coś dla was i bałem się, że wyjedziecie nim was złapie... - wskazał leżące na biurku dwie skórzane sakiewki. - To nagroda za pomoc. Należy wam się.

Izabell Ravlet:
Jesteśmy wdzięczni i polecamy się na przyszłość. Gdyby Apostoł powrócił powiadomcie Gildię, a chętnie pomożemy. Wszak sprawa nie została do końca skończona. - odrzekł Darlenit dziękując za nagrodę - Musimy jednak już się zbierać. Powodzenia - stwierdził mauren, ciągnąc Diomedesa do wyjścia...

Eric:
- Smacznego - bąknął do komendanta. - I dzięki. Choć bez was byłoby cienko - powiedział. - Jakbyście kiedyś mieli jakieś problemy to... eee... Piszcie listy do Efehidon, czy coś - zarechotał.
- Mam złe przeczucia jak chodzi o tego maga - powiedział nieco poważniejszym głosem. Diomedes podszedł do stołu, uścisnął dłoń komendanta i wziął obydwie sakiewki. Chwiejnie się obrócił i celnym rzutem jedną z sakiewek posłał prosto do rąk Darlenita.
- Także tego... Do zobaczenia - powiedział, wyrażając chęć ponownego spotkania się kiedyś. - Pozdrów swoich chłopców. Odwalili kawał dobrej roboty - dodał z uśmiechem. Z trudem przyznał to przed samym sobą, ale w tym krótkim okresie czasu zdążył się przywiązać do komendanta. Polubił go mimo okoliczności w jakich się poznali i dość wrzącej kłótni jaką między sobą prowadzili. Może odnalazł w nim cząstkę swego ojca, którego nigdy nie spotkał. Nie wiedząc czemu tak kłuje go w piersi opuścił posterunek i tłumił chęć obejrzenia się za siebie i posłania komendantowi przez okno dziecinnego uśmiechu. Bezskutecznie. Być może odegrał w tym swą rolę alkohol, ale Diomedes odwrócił się na pięcie i z tym dziecinnym uśmiechem, którego się wystrzegał, zaczął machać milicjantowi na pożegnanie.
- Chodź, Darlenicie. Przed nami długa podróż - powiedział i ruszył w stronę stajni. Tam zostawili swoje wierzchowce i przyszedł czas, by teraz je odebrać. Diomedes stwierdził, że chętnie kiedyś tu wróci.

Izabell Ravlet:
Och Diomedesie, czy ty będziesz w takim stanie zdolny do podróży? - Darlenit zapytał retorycznie - Możemy ewentualnie spędzić jeszcze noc tutaj. W gospodzie. Córka karczmarza jest dziewicą, według tego, który chciał ją złożyć w ofierze. Z twoich oczy wyczytuję, że chciałbyś zmienić jej stan. Lubisz ją, nieprawdasz?

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej