Tereny Valfden > Dział Wypraw
Niepokoje na południu...
Izabell Ravlet:
To niemowa. Uczestniczył w tym wszystkim z przymusu. Może ty masz coś do pisania lub coś na czy można pisać?
Eric:
- Nie. Jesteś w jaskini, weź poskrob na ścianie, czy coś - poradził, powstrzymując się od ironicznej uwagi. Skąd niby miałby mieć przy sobie cokolwiek do pisania? Zresztą starzec jakby przestał go interesować, choć nadal niewiele się o nim dowiedział.
- Ja idę odprowadzić tę dziewczynę do ojca, pewnie jest wygłodniała i zmęczona, a ja nie zamierzam tutaj sterczeć jak ten debil i słuchać jak jej w brzuchu burczy. Jak chcesz jeszcze sobie pogadać z tym dziadkiem, to potem znajdziesz mnie w karczmie, bo to córka karczmarza właśnie jest - powiedział i zawrócił w stronę korytarza.
- A panom milicjantom bardzo dziękuję za pomoc, bez was pewnie skończyłbym tak, jak teraz wyglądają ci kultyści - zarechotał. Ruszył prosto po zimnej, kamiennej posadzce i tym razem nie skręcał w żadne rozwidlenie, tylko poszedł dalej, do wyjścia jaskini, skrzętnie ukrytego przez zakamuflowaną w podłożu klapę. Rozkazał dziewczynie zostać chwilę na dole, wyszedł na górę, otworzył klapę i wyszedł na zewnątrz. Z ulgą odetchnął świeżym powietrzem, uderzyło go z mocą skarpety wypełnionej mokrym piaskiem. Odchylił plecy do tyłu i wsłuchiwał się w szczęk strzelających kości. Przytachał pod klapę jakiegoś badyla i podparł nim ją, by móc pomóc dziewczynie wyjść po drabince. Wydawała mu się niesamowicie lekka, gdy podtrzymywał ją w swych ramionach. Gdy wyszli na zewnątrz, wziął ją na ręce, by nie pokaleczyła swych nagich stóp. Rozgarnął krzaki tworząc małe przejście, by ostre gałązki nie zadrapały jej gładkiej cery. Sam się dziwił z jaką czułością robi każdą z tych czynności, miał nadzieję, że nie budzą się w nim ojcowskie instynkty, był zdecydowanie zbyt zarobiony, a co ważniejsze, zbyt młody, by wychowywać dziecko. I znów w jego głowie pojawił się Zeleris, rzucający jakąś ironiczną uwagę na temat jego ojcostwa. Diomedes po raz drugi uśmiechnął się pod nosem i ruszył powoli w stronę miasta. Miał nadzieję, że nie wzbudzi niepotrzebnej uwagi, gdy będzie tak paradował z zakrwawionym mieczem, opatrunkiem na ramieniu całym przemoczonym we krwi i przestraszonej dziewczynie w ramionach. Z drugiej strony miał to w sumie gdzieś. Pewnie ruszył w stronę, gdzie jeśli dobrze pamiętał, stała tawerna. Miał zajęte ręce, więc drzwi otworzył kopniakiem, robiąc przy tym sporo hałasu i zwracając na siebie uwagę wszystkich oczu w karczmie. Nie zważył jednak na to i pewnym krokiem ruszył w stronę lady. Posadził młodą dziewczynę na jednym z siedzeń, przysiadł się do niej i zawołał donośnie.
- Karczmarz!
Dragosani:
Oczywiście pergamin, pióra i inkaust to standardowe wyposażenie milicji. Przecież to wie każdy. No prawie każdy. Trójka funkcjonariuszy chyba należała do grona osób nie wiedzących o tym. Poza tym zajęci byli "zabezpieczaniem dowodów". Jednak nie stanowiło to zbyt wielkiego problemu. Starzec pogrzebał w swojej torbie i wyciągnął zeń niewielki notatnik i ołówek. Z dobrotliwym uśmiechem pokazał je Darlenitowi. Przerzucił kilka kartek notatnika, a adept mógł dostrzec jakieś wzory, schematy, szkice i masę notatek. Dziadek jednak zatrzymał się na pustej stronie. I nabazgrał coś.
Dziękuję. - napisał. Miał perfekcyjny styl pisma. Zupełnie nie pasujący do brudnego dziada.
Tymczasem Diomedes troskliwie trzymając w ramionach uratowaną dziewicę. Na wschodzie pokazywało się słońce. Jego promienie oświetlały nowicjusza. Igrały w klindze miecza i niewinnych oczach dziewczyny. Chłopak dotarł w końcu do karczmy. Był ranek, więc aż tylu ludzi wewnątrz nie było. Ledwie kilka osób przyszło, aby zjeść wczesne śniadanie. Harwin był na zapleczu, zapewne poganiając kucharkę aby szybciej robiła jajecznicę. Wyszedł po chwili, wycierając dłonie brudną szmatą. gdy ujrzał nowicjusza i własną córkę zatrzymał się w pół kroku. Wypuścił szmatę z rąk i wybiegł zza lady.
- Ilza! - krzyknął. - Tata! - wrzasnęła dziewczyna i wpadli sobie w ramiona. Ach, radosne rodzinne spotkanie. Szczęście i radość. Od nielicznych osób w karczmie dało się słyszeć ciche "Awww". Radosne przytulanie i inne duperele trwały kilka minut. W końcu Harwin zwrócił się do Diomedesa. Chociaż "zwrócił się", jest nieco mało szczegółowym określeniem. Wielki gospodarz podszedł do nowicjusza i chwycił go w ramiona. Zmiażdżył nowicjusza w iście niedźwiedzim uścisku.
- Dziękuję, dziękuję... - wymamrotał. Niemalże płacząc ze szczęścia wcisnął chłopakowi w dłonie sakiewkę. Po chwili namysłu poszedł za ladę i wygrzebał stamtąd jakaś butelczynę. I ja dał nowicjuszowi.
- To Krag. - wyjaśnił. - Orkijski alkohol. Mój najlepszy trunek. W niektórych państwach na kontynencie nielegalny... nawet nie wiesz jak trudno było zdobyć recepturę... - córka wtuliła się w ojca i wyszeptała mu do ucha kilka słów. Karczmarz kiwnął tylko głową. Wyciągnął drugą butelkę. I drugą sakiewkę. Widocznie dobrze mu się powodziło, jako karczmarzowi. - A to dal twojego kompana. Dziękuję i jemu. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy macie u mnie darmowe noclegi! I posiłki!
Izabell Ravlet:
Mogę jeszcze jakoś ci pomóc? - dopytywał mauren. Nie zamierzał zostawiać starca na pastwę losu w takiej chwili...
Eric:
- D-Dziękuję - powiedział, gdy Harwin wepchnął mu w otwarte ręce dwie sakiewki i dwie butelki jakiegoś ponoć wykwintnego trunku. Był nieco oszołomiony po tym, jak karczmarz wyściskał go niczym brata i niemalże ze łzami w oczach dziękował za uratowanie jego córki. Diomedes czuł, że powinien powiedzieć coś jeszcze, ale jakoś nie mógł się zdobyć na jakieś w miarę konstruktywne frazy.
- Naprawdę, nie trzeba było - powiedział, wyrywając się z oszołomienia. - Ale dziękuję. Może napijemy się razem tego całego Kragu? - zaproponował. Postawił flaszkę na ladzie i odkorkował zębami. Wypełniała go dzika radość. Lubił pomagać ludziom, lubił, gdy dziękowali mu za dobrze odwaloną robotę. Ale to... To było bezcenne. Widział, jak głębokie więzi łączą córkę i ojca. Udzielała mu się ich radość i rozpromienił się mimo bólu w ramieniu.
- Szczęściarz z pana - powiedział. - Niektórzy nie mieli tyle szczęścia, tak więc wypijmy za nich, dobrze?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej