ÂŁypnąłem na nich z byka, po czym jednym susem doskoczyłem do tego, który mówił, czyli jak mniemałem - przywódcy. Mechanizm zamontowany na ręce po raz kolejny wydał donośny zgrzyt, a wynurzające się z rękawa ostrze rozpłatało gardło przeciwnika. Reszta zrobiła krok w tył, jakby się bali, że gdy się tylko do mnie zbliżą coś się stanie i wszyscy wylecą w powietrze. Bardzo się nie pomylili. ÂŚwist przecinanego powietrza, wydawać by się mogło, słychać było nawet na Valfden. W jednej chwili wszyscy się na mnie rzucili. Dałem się porwać w wir walki, ostrze tańczyło między przeciwnikami, ujawniając swoje położenie tylko raz na jakiś czas, kiedy na niesamowicie czystej klindze odbijało się światło księżyca. Bandyci nie zdążyli na dobre przejść do ataku, kiedy wszyscy leżeli na ziemi. Większość była martwa, dwóch jednak przeżyło, oczywiście nie bez uszczerbku na zdrowiu. Podszedłem do jeednego z nich.
- Czyli kto mnie pozdrawia? Bo nie przypominam sobie imienia...