Tereny Valfden > Dział Wypraw
Wieczna ciemność
Gunses:
- To dwa dni drogi stąd - rzekł po czym zsunął kaptur na ramiona
- Wiesz, przebywanie z dziesiątkami kalekich, niepełnosprawnych nie jest zbytnim pocieszeniem w udręce. Zresztą tutaj przejawia się aspekt społeczny. Te osoby są pozbawione wszelkich szans na życie w społeczeństwie. Ludzie ich nie akceptują i oni o tym wiedzą doskonale. Nie wiem co ich nęka, oni cały czas coś mówią, że coś słyszą, widzą itp. Jeśli w takim miejscu wybuchnie panika, to będzie niezbyt kolorowo. Rozumiesz?
Mogul:
- Sądzę że rozumiem. Kolejni ludzie którzy się znajdą będą bali się tam przyjść a to ich będzie skazywać możliwe że nawet na śmierć. Bo tam mają opiekę i mogą chociaż w spokoju żyć, pomijając ten fakt o kalectwie. To dziwne że słyszą coś i widzą. Czyżby ośrodek był nawiedzany? Nasunęło mi się pierwsze skojarzenie na ten temat i nie wiem czy to może być trafne spostrzeżenie. Ocian chwile się zamyślił. Co może ich nękać skoro są to bezużyteczni ludzie o których świat zapomniał.
Gunses:
- Nigdy nie słyszałem o takich przypadkach i jeśli to się potwierdzi, to nie mamy tam czego szukać. Takimi cudami zajmują się w Bractwie ÂŚwitu, my wykonujemy bardziej namacalną robotę... - rzekł i pognał konia. Droga mijała szybko, jesienny nocny wiatr orzeźwiał, w powietrzu czuć było zbliżającym się deszczem - Popędźmy konie nim zacznie lać - zjechaliśmy z głównego traktu w mniejszy, ale również utwardzony, za kilka kilometrów miał być cel naszej podróży.
Mogul:
Ocian nie chciał by ośrodek do którego jadą był nawiedzany. Nie po to jadą by wrócić z kwitkiem. Powietrze było czyste dobrze się nim oddychało co napawało wąpierza optymizmem. Podróż należała w miarę do przyjemnych lecz młodzieniec nie mógł się doczekać celu. Niecierpliwość zaczynała brać górę toteż Ocian zaczął nucić sobie pod nosem nawet mu nieznaną melodię. Niezbyt dobrze mu to wychodziło toteż po chwili skończył nucić z grymasem na twarzy. Miał nadzieję że Gunses tego nie ujrzał. Odkryłby że jego syn jest zniecierpliwiony, a denerwować go nie chiał.
Gunses:
Zaczęło mżyć. Rychło w czas dojechali do brukowanej ścieżki prowadzącej do bram zakładu.
Mżawka była gęsta jak mgła, w niej gubiły się światła dwóch latarni stojących przy alei dzikich róż. Klomby dawno przekwitłe zaczęły gubić liście. Bramę była mała, szeroka na wóz. Przejściem była wieża obronna, dalszy kompleks zakładu również nosiły znamiona twierdzy albo przynajmniej kasztelu. Najwidoczniej wcześniej był to bastion paladynów lub jakiegoś wielmoży. W lekko uchylonych oknach tak wieży jak i dalszych budowli nie paliły się światła, deszcz się wzmógł.
- Wszyscy śpią - rzekł Gunses naciągając kaptur na głowę i szczelniej otulając się płaszczem - Możemy poczekać tu do ranka lub spróbować dobudzić strażników... Możemy też zrobić mały rekonesans.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej