Sado skulił głowę jeszcze bardziej, po czym zerwał się na nogi, wykonując błyskawiczny ruch ręką. Otwartą dłonią zatrzymał się przed szyją ÂŁowcy. Oczy miał pilne, nie szaleńcze, nie czerwone od smutku. Pilne, normalne.
- Nie odsłaniaj się, ÂŁowco. Gdybym miał sztylet w cholewie, a, uwierz mi, zwykłem niegdyś taki nosić, leżałbyś teraz z poderżniętym gardłem. Fakt, ja prawdopodobnie straciłbym rękę - rzekł, patrząc, jak Diomedes odruchowo wystrzelił swą rękę tuż przy jego przedramieniu. Przy palcu widniał ostry sztylet. - Ludzkie uczucia, które we mnie są, istnieją tylko dlatego, że żyję w tym ciele. Gdy na powrót stanę się draconem z radością się ich pozbędę. Nie mam zamiaru się ograniczać do tak śmiesznym rzeczy jak miłość, nienawiść czy złość, nigdy nie chciałem się nimi kierować. Coś ci się musiało przewidzieć. Słabo mi, musiałem przycapnąć na chwilę. - Mężczyzna zaczął odchodzić pewnym krokiem. Rzucił jeszcze po drodze: - źle myślisz też o bólu i cierpieniu. Wszyscy źle myślicie. Ja do niedawna też tak myślałem. Gdy przekroczysz pewną granicę, odkryjesz prawdę o tym, że ból jest tak naprawdę przyjemnością.
Zachichotał w myślach. Przypomniały mu się te setki ludzi, których skazał na cierpienia. Czyż nie był wspaniały i miłujący, pozwalając im dorosnąć i zanurzyć się w prawdziwej radości? Czyż nie spłynęło na nich prawdziwe szczęście? Czyż nie miał prawa się cieszyć, wiedząc, że daje im to, co najlepsza na tm plugawym świecie? Czyż w takim przypadku nie był wspaniałym bogiem?
Podszedł spokojnie do Zeyfara i zapytał:
- Witaj. Nie masz może drugiej fajki? Dawniej też zwykłem taką palić, a tytoń sprowadzałem z całego kontynentu. Później zastąpiłem ten nałóg innym: takimi śmiesznymi skrętami, bodaj kupiec je papierosami nazywał. Ach, ile bym dał, żeby zapalić choć jednego.