Tereny Valfden > Dział Wypraw

ANKORVAAT: Zapomniane dziedzictwo

<< < (71/103) > >>

Eric:
Diomedes jak na komendę obrócił się, gdy usłyszał stuk kolan Sada o posadzkę. Mężczyzna... płakał. Czyżby był to kolejny objaw jego szaleństwa, czy może akt ludzkiego zachowania, który jakoś zdołał się przebić przez tą umęczoną psychikę wariactwa? Nie mniej jednak, obraz płaczącego mężczyzny poruszył Diomedesa. Nikły uśmieszek natychmiast spełzł z jego twarzy, oczy zaś z jakimś współczuciem wpatrywały się w cierpiącego mężczyznę. Nie wiedział, nawet nie domyślał się, dlaczego płacze. Powodów mogło być wiele, ale cóż mogło aż tak dogłębnie wstrząsnąć wyrachowanym zabójcą? Musiało to być coś naprawdę dotkliwego. Z jakichś powodów Diomedes chciał się dowiedzieć co to było. Jednak mimo tej chęci stał jak sparaliżowany. Język zamarł mu w ustach, niezdolny do wypowiedzenia choćby pojedynczego słowa, choć usta już miały się otworzyć. Spuścił głowę i powoli przemieścił się w stronę Sado klęczącego na posadzce i ze zdumieniem wpatrującego się we własne łzy.
- A więc... - powiedział cicho, lekko drżącym głosem. - Nie jesteś zupełnie wypłukany z ludzkich uczuć... - wydobył się głos spod kosmyków czarnych włosów opatulających skrzętnie jego twarz.
- Może sam chciałeś się ich wyzbyć? - zapytał cicho. - Nie jesteś zły... Ty... Po prostu wiele cierpiałeś, prawda? - dodał, jeszcze ciszej, jakby bał się, że ktokolwiek naprawdę go usłyszy. Nagle z zawstydzeniem przeczesał nerwowo włosy.
- Ale o czym to ja pieprzę... - powiedział, próbując zamaskować rumieńce wstydu na twarzy.

Elrond Ñoldor:
- Zaraz poleje się krew... - wyszeptał tak cicho, by tylko on sam mógł usłyszeć swój głos. Głupi dzieciak...

Koza123:
- Coś czuję, że będzie nieciekawie...- mówił Konrad sam do siebie również na tyle cicho, aby nie mógł usłyszeć go nikt inny. Młodzieniec miał identyczne wprost przypuszczenia, jak jeden z jego towarzyszy.

Sado:
Sado skulił głowę jeszcze bardziej, po czym zerwał się na nogi, wykonując błyskawiczny ruch ręką. Otwartą dłonią zatrzymał się przed szyją ÂŁowcy. Oczy miał pilne, nie szaleńcze, nie czerwone od smutku. Pilne, normalne.
- Nie odsłaniaj się, ÂŁowco. Gdybym miał sztylet w cholewie, a, uwierz mi, zwykłem niegdyś taki nosić, leżałbyś teraz z poderżniętym gardłem. Fakt, ja prawdopodobnie straciłbym rękę - rzekł, patrząc, jak Diomedes odruchowo wystrzelił swą rękę tuż przy jego przedramieniu. Przy palcu widniał ostry sztylet. - Ludzkie uczucia, które we mnie są, istnieją tylko dlatego, że żyję w tym ciele. Gdy na powrót stanę się draconem z radością się ich pozbędę. Nie mam zamiaru się ograniczać do tak śmiesznym rzeczy jak miłość, nienawiść czy złość, nigdy nie chciałem się nimi kierować. Coś ci się musiało przewidzieć. Słabo mi, musiałem przycapnąć na chwilę. - Mężczyzna zaczął odchodzić pewnym krokiem. Rzucił jeszcze po drodze: - źle myślisz też o bólu i cierpieniu. Wszyscy źle myślicie. Ja do niedawna też tak myślałem. Gdy przekroczysz pewną granicę, odkryjesz prawdę o tym, że ból jest tak naprawdę przyjemnością.
Zachichotał w myślach. Przypomniały mu się te setki ludzi, których skazał na cierpienia. Czyż nie był wspaniały i miłujący, pozwalając im dorosnąć i zanurzyć się w prawdziwej radości? Czyż nie spłynęło na nich prawdziwe szczęście? Czyż nie miał prawa się cieszyć, wiedząc, że daje im to, co najlepsza na tm plugawym świecie? Czyż w takim przypadku nie był wspaniałym bogiem?
Podszedł spokojnie do Zeyfara i zapytał:
- Witaj. Nie masz może drugiej fajki? Dawniej też zwykłem taką palić, a tytoń sprowadzałem z całego kontynentu. Później zastąpiłem ten nałóg innym: takimi śmiesznymi skrętami, bodaj kupiec je papierosami nazywał. Ach, ile bym dał, żeby zapalić choć jednego.

Eric:
Diomedes patrzył jeszcze przez chwilę na odchodzącego Sado. Sposób w jaki mówił o ludzkich uczuciach, podpowiadał młodzieńcowi, że mężczyzna uważa swe ludzkie zachowania za słabość, której za nic nie może ukazać. Potwierdziło to też wycofanie się w kulminacyjnym punkcie i zełganie w żywe oczy na temat swych łez. Diomedes uśmiechnął się. Wszystko zaczynało się układać w zgrabny i składny obraz. Przynajmniej z jego punktu widzenia.
- Dlaczego zatem odchodzisz? By ukryć swoją słabość? - zapytał, nie mogąc się powstrzymać. Opuścił wzrok na sztylet, który jeszcze do niedawna tkwił w niewielkiej odległości od przedramienia Sado.
- I cóż to cię do tej słabości skłoniło? Czy aby nie wspomnienia za czasów, gdy faktycznie byłeś... draconem? - wymówił nazwę rasy nieco niepewnie. Być może niepotrzebnie długo ciągnął tą dziwną waśń zakorzenioną w podstawach świadomości Sado, jednak nie mógł dać w tym momencie za wygraną, kiedy tak wiele rzeczy zaczynał rozumieć. Lub tak mu się wydawało. Co prawda nie był w stanie teraz spojrzeć w oczy towarzyszy, coś go od tego odpędzało, ale nie mógł powstrzymać się, by nie ujawnić prawdziwych uczuć domniemanego demona w ciele ludzkim.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej