Tereny Valfden > Dział Wypraw

IV. Frater cruenta vindicare injurias.

<< < (17/37) > >>

Anette Du'Monteau:
Krótkim spojrzeniem spostrzegłem, że Istedd również dołączył do grona walczących. Obfite plamy krwi wciąż znajdowały się na moim mieczu. Tworzyły się małe strużki podobne do rzek, które kończyły się prawie przy samej głowni. Tam powstało coś na wzór delty. Zacząłem kroczyć ku kolejnej bandzie. Machnąłem klingą rozchlapując im posokę na ubraniu i twarzach. Gdy byłem dość blisko zacząłem prostą kombinacje. Ukośne cięcie, unik, silne pchnięcie, blok, a po nim wykorzystując impet uderzenia przeciwnika potężny atak. Jeden mniej. Rozbieg, wyskok w górę...świeży podmuch wiatru na twarzy. Klinga wyjąc rozcięła powietrze i czaszkę bandyty. Zdruzgotane ciosem ciało padło bez życia. Oczywiście koledzy w odwecie zasypali mnie gradem cięć i pchnięć. Przez pewien czas mogłem jedynie parować, uskakiwać i blokować. Postanowiłem wykonać nieco silniejszy obrót niż poprzednio, który okazał się nad wyraz skuteczny. I tak z ostrzem ustawionym prostopadle do przeciwników zacząłem wykonywać kolejne obroty co i raz zmieniając jakoś kąt nastawienia klingi. Zatrzymałem się gdy uznałem, że kolejne obroty mogły by spowodować u mnie niebezpieczne zawroty głowy. Na ziemi leżało trzech ludzi jęczących z bólu i krwawiących z licznych ran. W tym momencie ktoś mnie podciął i straciłem grunt pod nogami. Szybkim ruchem nogi również obaliłem przeciwnika. Skórzaną rękawicą wyprowadziłem silny cios w szczękę i zrzuciłem z siebie śmierdzącego najemnika. Przypomniałem sobie, że przy pasie nosiłem drugi miecz, równie sprawny co mój półtorak. Niestety podniosłem się za wolno i ostrze wroga drasnęło mnie w ramię. Z wściekłością ciąłem na wysokości gardła, skutecznie jak się okazało. Jucha z przerwanej tętnicy trysnęła niczym odetkana fontanna. Jego oczy powędrowały ku górze, a ciało jeszcze się szamocząc dogorywało na ziemi. Wbiłem krótszy miecz w serce kończąc jego agonie.
3/20

Istedd:
Gwizdnął, kiedy miecz jednego z bardziej... napakowanych oponentów świsnął mu nad głową. Było naprawdę blisko, dziękował w duchu swojej akrobatyce i zwinności nabytej w wielu karczemnych bijatyk. Sparował kolejne cięcie przeciwnika, który począł przejmować inicjatywę. Usłyszał huk, który szybko zmieszał się z wrzawą bitwy. Tam cięcie, tu zbicie! Tam pchnięcie i niezgrabny odskok w bok. Czyżby Ergard bawił się przeciwnikiem. Nie, on nie zamierzał tego. Po prostu postanowił ubić wroga z fantazją, aby sława była. Dlatego właśnie bronił się i czekał, aż szaleńcze ataki przeciwnika zgubią go i zmęczy się biedna obijmorda. Moczymorda zdał szybkie cięcie wręczne. Nie trafił w dłoń przeciwnika, który uniósł ostrze w triumfalnym okrzyku. Wtem błysk! I wróg pijaczyny opadł na pysk. Wąsacz zaśmiał się widząc jak potężny cios rękojeścią "zbił z tropu" jego przeciwnika. Dosłownie! Ten zadał szybkie cięcie w nogi warchoła, który dostrzegł to w porę i odskoczył. Obijmorda podniósł się na nogi trzymając potężną łapą swój krwawiący nochal. Ciął na podlew, a wróg jego dał się nabrać stawiając zasłonę. Wtem szybki krok Adaven uczynił i lewą ręką chwycił go za zbrojną garść szarpiąc w dół, aż oręż zdziwionego obijmordy w ziemi ugrzęzła. Nie dawał mu szansy na uwolnienie się z uścisku czyniąc go bezbronnym jak dziecię. Ergard był bardzo zły. Odepchnął wroga, który nie wiedział zbytnio co się dzieje. Wtedy, wziąwszy miecz oburącz ciął z całą siłą, jaką miał w ramionach celując w szyję. Po chwili w powietrze wyleciał odcięty czerep, a moczymorda ryknął triumfalnym śmiechem i o mało co nie obalił się niesiony siłą ciosu.


2/20

Anette Du'Monteau:
Ostało się dwóch bandziorów. Jeden rzucił się bez namysłu rycząc w biegu. Wydawało mu się, że to doda mu odwagi i sił. Luźny chwytem trzymałem półtoraręczny miecz. Głownia lekko szorowała o podłoże. Najemnik dalej parł naprzód wymachując bronią. Musiałem wyczekiwać momentu...kilka kroków więcej...teraz! Druga dłoń szybko powędrowała do rękojeści. Zamaszystym ruchem uniosłem klingę tnąc od samych stóp na skos w górę. Przeciwnik momentalnie został ścięty z nóg, dosłownie. Lewą nogę ucięło na wysokości poniżej kolana, a drugą w miejscu uda.
Ostatni napastnik chyba stracił nieco weny do walki, lecz nie zamierzał uciekać. Chciałem już to skończyć. Idąc nadal z dłuższym mieczem w ręku patrzyłem mu prosto na twarz. Chwilę potem puściłem się biegiem. Kiedy znalazłem się koło niego sięgnąłem po krótszy miecz i ciąłem wzdłuż brzucha, a właściwie na ukos. Zmieniając ustawienie miecz w powietrzu wykorzystałem resztę siły uderzenia i prostym atakiem sprowadziłem klingę na bark łajdaka. Miecz wgryzł się w ciało uszkadzając żyły pod barkiem. Obijmorda padł w niemym krzyku.
0/20

Hagmar:
Aragorn zsiadł z konia, kroczył powoli przez zasłane trupami, krwią pole. ÂŚnieg skrzypiał pod okutymi butami, w jego oczach gorała zemsta, kroczył ku drzwiom opactwa niczym sam pan śmierci, lodu i wojny Rasher...

Anette Du'Monteau:
Kawałkiem materiału zza pasa wyczyściłem miecze. Jeden powędrował z powrotem do pasa, a drugi na plecy. Wolnymi krokami stąpałem za Aragornem.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

[*] Poprzednia strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej