Wiadomym jest, że niektórzy następują, tną i siekają bez opamiętania. Im należy się chwała, dla nich przypisywana jest odwaga. Jednakże takim być niebezpiecznie. Inni zaś cofają się, by powrócić w szarży, gniewie i z nowymi zasobami siły. Do takich osób właśnie należał Egrard. Cofał się, wyprowadził za sobą dwóch przeciwników. Ich gęby w wyrazie triumfu i radości wywoływały u niego obrzydzenie, jednakże udawał, że zamierza wycofać się. Nic mylnego, kiedy byli nadal na gorszej pozycji! Uderzył niespodziewanie, cięciem w pierś stojącego po jego prawej. Ten z lewej zadał cięcie nie bacząc na stojącego obok, który zawył z bólu. Istedd nie zrobił uniku z własnej woli. Albo popchnęło go do tego czyny szczęście, albo instynkt. Nie wiedział, ale uniknął z trudem. Zdał szybki kontratak pełnym ramieniem, w ręb. Przeciwnik sparował, ale kolejny cios zadany w lic wstrząsnął jego ramieniem. Adaven był zdenerwowany i rąbał na przemian w dwa punkty: w lic i pierś. Przeciwnik bronił się, próbował kontrować, ale monotonne uderzenia, których rytm zmieniał się co kombinację, stając się bardziej prędkim uniemożliwiały mu to. ÂŁuki, jakie kręcił ramieniem wykonując ciosu poczęły stawać się krótsze, w końcu, gdy przeciwnik przeczuł cios i zastawił Istedd zmienił kierunek lekkim ruchem nadgarstka. O mały włos! Wróg odskoczył, ale nagle zaskomlał. Oto pchnięcie miecza warchoła ugodziło go w ramię. Ergard wyciągnął swe ostrze z rany przeciwnika i zbił pchnięcie kolejnego. Dostrzegł, że nadbiegają kolejni, a brama staje się coraz bardziej tłoczna, zarazem trupami jak i walczącymi. Zaklął. Zerknął przez ramię szybko. Na murach też się nie powodziło, ale tutaj w walkę już się wmieszał. Nie mógł im pomóc, a raczej nie miał możliwości. Znowu sparował czyjeś uderzenie. Mruknął coś pod wąsem i uśmiechnął się dziwnie, dziko i szaleńczo wręcz.
- Jesteście niczym więcej niż patetycznym ścierwem... - zawołał i odbił jakieś zagubione cięcie. Jego wzrok stał się szaleńczy, on zaś śmiał się w głos.
-...żałosną namiastką istnienia, pozbawionym kręgosłupa moralnego marginesem życia, którego jedynym przeznaczeniem jest ginąć... - kontynuował z szaleńczą nutką, rozbieganym wzrokiem, kolejną, płytką raną na ramieniu. Poczuł paskudny ból ręki, którą wcześniej się zastawił.
-... próbujcie tu wejść, a spotka was coś o wiele gorszego niż śmierć. Precz! - wrzasnął i zadał cięcie znad głowy przekradającemu się blisko wrogowi, który zamierzał zajść go z boku. Cięcie nie upadło na hełm, a ramię, co tylko gorszym było przeżyciem dla żołdaka. Szczególnie, że moczymorda poprawił jeszcze w szyję i pozbył się kolejnego.
Wojownicy Zgromadzenia
163/173
Kaidan i kapłani
1/1
4/5