Tereny Valfden > Dział Wypraw
Czarcia Pieczara
Istedd:
Przez ulice ślimaczego grodu przemierzał oddział uderzeniowy Królestwa ÂŚlimaków wraz z dwoma bohaterami - członkami osławionego 42 Jagerbóbrkommando. Tymi samymi bobrami, które walczyły w bitwach takich jak... nieważne. Teraz nie mógł sobie przypomnieć, ale na pewno coś znalazłoby w niezmierzonych odmętach jego warchloskiego umysłu. Teraz myślał o czymś innym. O nadchodzącej potyczce z siłami grzyboli. Zerknął przez ramię na towarzyszy. Jego plan, jaki układał sobie w głowie, o ile można było nazwać to planem był prosty - po prostu uderzyć i tak zmieść posterunek grzybów; zrobić rozpierduchę godną oddziału bobrów! Sprawdził zawieszenie przez plecy miecza. Czas upływał jednak, więc narzucał dość wyrównane tempo, jednakże nie biegli. Nie można było się zmęczyć przed walką i polec przez ten mankament!
Eric:
- Proszę, proszę, wyszczekany sługa prawa. Rzadko spotykany widok. - rzucił z przekąsem Diomedes - Nie, nie o to chodzi. Może przejdziemy do sedna? Ta sprawa wymaga natychmiastowej interwencji i cóż... pokładam w straży niemałe nadzieje.
Hagnar Wildschwein:
//Ergard i Zeyfar 13:00 - Dzielnica biedoty.
Dotarliście na miejsce i szczerze mówiąc nie zauważacie tutaj niczego podejrzanego.
//Diomedes
-strażnik zacisnął zęby, ale nie wdawał się w dyskusję o słuszności argumentów stron.
-A do jakiej to światłej sprawy potrzebuje jaśnie pan interwencji chłopców na pos... to znaczy sławetnej straży miejskiej?- zapytał z przekąsem strażnik.
//
-Wasza rozmowa wzbudziła nawet zainteresowanie kilku ludzi, którzy aktualnie przebywali w środku. Trudno powiedzieć czy to pracownicy, pomocnicy, zwykli strażnicy czy poszkodowani w najróżniejszy sposób mieszkańcy. Jest jednak wśród nich kilku ludzi w pancerzach i pod bronią.
Eric:
- Do rzeczy - powiedział zajmując pierwsze lepsze miejsce i wygodnie się usadawiając - Wiesz pan coś może o niejakim Marcelu Kwinie? - zapytał spoglądając kpiąco.
Istedd:
Nareszcie byli na miejscu. Trochę zmachał się, słońce akurat teraz musiało wyłonić się zza chmur i atakować jego oczy. Mruknął coś cicho, co z pewnością nie było pochwałą wspaniałości ciepełka, jakie roznosiło dookoła. Rozejrzał się, jednak niczego nie dostrzegł ciekawego, ani łebka grzybola. Wszystko było w jak najlepszym porządku.Trzymając miecz na rękojeści miecza zacisnął pięść, z boleścią ją odrywając dopiero po chwili. Przypomniał sobie o zdrajcy. Chciał w tej chwili pojedynkować się z Bojberesem, jednak musiał przepaść jak kamień w wodę... Plama na honorze musiała być zmyta. I to jego krwią. Jeszcze raz rozejrzał się, w poszukiwaniu grzybów. Zerknął po towarzyszach, czy oni nie zoczyli owego posterunku. Nie chciało mu się przeszukiwać terenu... zresztą komu by się chciało?
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej