Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nowa nadzieja
Anette Du'Monteau:
-No dobrze, ruszamy! - krzyknął major i spiął swojego konia. To co miało ukazać się im oczom po kawałku drogi, miało przypominać porządny posterunek. Z grubego i twardego kamienia, z wytrzymałymi murami i strażnikami obsadzonymi na około. Jednak tego nie ujrzeli, a bandę robotników i chłopów, którzy od czasu do czasu coś zrobili. Po wejściu do "posterunku" bardziej można było spostrzec postęp w alkoholizmie niż pracach budowlanych. Zeyfar zsiadł z konia i nie mógł się nadziwić.
-Co tu się kurwa dzieje?! - to były jedyne słowa, które oddawały jego uczucia w tej chwili.
Istedd:
Adaven popędził konia i dzięki opatrzności bogów nie zwymiotował. Z trudem utrzymywał się w kubalce, ale dotrwał i dotrzymał tempa. Wszystko dzięki doświadczeniu jego gniadosza, który sam kierował kroki za wierzchowcem Zeyfara. Widok posterunku zdziwił go tak, jak wielki burdel na środku pustyni. Zdecydowanie nie chciał wchodzić do środka, bo jak wiadomo, wszelka franca panuje tam, gdzie gorąco. Oczywiście nie miał na myśli majora, który gotował się w środku. Przekleństwo, jakie wypowiedział wydało mu się odpowiednio finezyjne, więc sam nie użył go. Zaklął w sposób inny, widząc, że trochę tutaj roboty oni właśnie robić będę mieli.
- Jeeeeeeeeeeeej! - zaczął, ale widząc wzrok kompana natychmiast spoważniał. Uczucie kłucia w żołądku i posmak metaliczny w ustach zniknęły już w drodze. Był w pełni sił. Zsiadł z konia i stanął obok maurena.
- Franca, zaraza, głód i cholera! Co tu się dzieje, zapytał was major, tępe chamy, psie synoczeli, dusze skurczybyki! - począł wyzywać ich Adaven. Niebawem miał przejść do wyliczenia ich drzewa genealogicznego, aż po rodzinę babek ich babek. Był rozsierdzony tym, że przez to miast szybkiego i miłego zadania czeka ich dłuższa inspekcja. W woli Zeyfara ostała teraz rola powstrzymania moczymordy od zwyzywania ich w sposób iście poniżający, co wystarczyło uczynić słowem "cicho". W końcu tak jak szybko weselił się, tak szybko i stawał się rozsierdzony.
Hagmar:
-Myy...eee...ten tego...pracujemy!
Anette Du'Monteau:
-Jeśli wy to kurwa nazywacie pracą to ja jestem portową dziwką! Brać się pieprzone nieroby do budowy. Komandor chciał tu zastać prawie ukończony posterunek. Masz szczęście, że tego nie widzi. Ale jeśli zaraz nie ruszycie swojej chędożonej rzyci...! - wykrzykiwał major.
Istedd:
i]- ÂŻopy chędożenie, przez bandę najemników! ÂŻopy, powiadam![/i] - wykrzywiał, jakoby urzędowa osoba, chcąca zapobiec zaprzedania kraju wrogowi. Tyle, że w tym wypadku z osobą taką Ergard miał tyle wspólnego, co z elfim minstrelem. Do swoich wyzwisk dorzucił kilka sowicie krasnoludzkich. Gdyby padły podczas magnackich bali, z pewnością nie jedna dama upadłaby z niemocy. On jednak miał to w głębokim mniemaniu. Trzeba było grać wielce rozsierdzonych, co skutkowało wielokrotnie, nie tylko w próbach perswazji na chamskie głowy, ale także na szlachetków pijących w karczmie, a osamotnionych z mieszkiem lśniących dukatów... Nie lubił skąpych, którzy nie dzielili się i nie stawiali trunków innym. Oczywiście nie tyczyło się to jego osoby!
- Natychmiast tu, pijane kozojeby, stawiać się tu i posterunek budować! Jak się kto opierdalać będzie, pasy drzeć każe komandor. Pasy drzeć każe! - wrzasnął na zebrany motłoch.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej