Tereny Valfden > Dział Wypraw
Nowa nadzieja
Istedd:
Rzeczywiście, czasu nie liczył i na drogę nie oglądał się, jakoby na skarb najcenniejszy. Gdy zoczył mury miasta zdziwił się, że droga, choć długa w tak szybkim tempie przebyta ostała. Rozmowy, jakie prowadzili były dość ogólnikowe i nie wnosiły wiele, do wiedzy jego na temat Bractwa, która to wiedza rosła z dnia na dzień kolejny. Nim wjechali do środka, zwrócił się do Zeyfara.
- Zapomniałbym o sprawie pewnej. Kiedy na spoczynek się udałeś, karczmarz rzekł mi pewną, zasłyszaną wieść. Podobno na wyspie bitwa jakaś miejsce miała. Heretyków armia rzekomo walczyła i dostała przysłowiowy wpierdol. Podobno całkiem głośno było. - dopowiedział. Na wieść o teleporcie potarł wąsiska i brodę.
- Teleport, nie teleport, kłopotów jeszcze narobić nam musi. Nie dość, że to ryzyko, to jeszcze schowany gdzieś być musi, abyśmy czas na poszukiwaniach tracili. Mor i zaraza!
Anette Du'Monteau:
-A przypadkiem nie zapomniałeś Isteddzie, że to właśnie my tam ostatnio walczyliśmy? - spytał mauren uśmiechając się. Wtedy ujrzał miejsce z sporą ilością strażników gromadzącą się w okół. Tylko czegoś naprawdę cennego się tak pilnuje. Zatem musiałbym być tam teleport. Gdy podjechał bliżej i wypytał strażników okazało się, że zgadł. Pokazał swoje insygnie Bractwa i żołnierze bez protestów przepuścili go do teleportu. Zaczekał jeszcze tylko chwilę z przejściem na swojego kompana.
Istedd:
Jego pytanie nieco zbiło go z tropu. Wydał z siebie burknięcie i nie odpowiedział nic, czując się wielce głupio ze swojej nieuwagi, w wielkim słowy uproszczeniu. Machnął wreszcie na to ręką, jakoby przeganiając od twarzy irytującego owada. Pojechał za nim, jednakże, gdy mauren rozmawiał trzymał się z tyłu, obserwując niebo. Zoczył tylko, jak jeden z ptaków przelatujący ponad grupką strażników dał upust swojej brzydkiej cesze i ubrudził hełm i ramię jednego z żołdaków. Ergard wyszczerzył się i zarechotał jak kilku innych, stojących z tyłu. Wtem zauważył, że Zeyfar już czeka na niego. Przecisnął się przez tłum i obok niego przystał. Zerknął jeszcze kątem oka na "biedaka", który ścierał guano, przy oczywistym rechocie kilku ze swej kompaniji.
Anette Du'Monteau:
//: Obaj wędrowcy przeszli przez teleport. W czasie przemieszczenia się każdy z nich sądził, że po drugiej stronie ujrzy siebie lecz od wewnątrz. To była jedna z głównych wad teleportów. Kiedy już znaleźli się po drugiej stronie poczuli nieco metaliczny posmak w ustach. Rozejrzeli się dookoła i odkryli znajomy las. Pocieszeni skutecznością teleportu i odnalezieniem koni w pobliżu ruszyli dalej.
-Nie martw się Ergardzie, każdy może się pomylić. Teraz jednak trzeba znaleźć posterunek. Jak się masz w ogóle po tej krótkiej zmianie miejsca?
Istedd:
Pijaczyna wielce nie lubił... nienawidził wręcz teleportacji! Nie chodziło mu o samą praktyczność owego przeniesienia się, ale o to, co działo się z jego organizmem w czasie podróży i chwilę po niej. Od razu, kiedy pojawili się w lesie on upadł na kolana i czuł, że za chwilę pożegna śniadanie. Na pytanie maurena odpowiedział falą wymiotów w pobliskie chaszcze. Wyjątkowo paskudne dźwięki trwały dłuższą chwilę. W końcu, blady jak trup Ergard wyszedł zza zasłony krzaków.
- Cholernie dobrze. - odparł tylko i poczuł, że będzie musiał dokończyć tą niewyrafinowaną metodę na oddawanie naturze tego, co się od niej wzięło. Wymiotował jeszcze chwilę. Smak ten paskudny zdołał jednak zmyć szybko piwem, którego bukłaczek wziął ze sobą, a który już się skończyć. Z rezygnacją, jak przystało na kulturalnego człowieka wyrzucił niepotrzebne narzędzie. Z lekkim trudem wgramolił się na konia. Beknął cicho i przytulił się do szyi gniadosza. Czuł się paskudniej, niż po zwykłym kacu.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej