Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tajemnice Starożytnych - Ostatnia Krew
Istedd:
Kolejny jednak, zdesperowany widząc być może już kroczącą po polu ÂŚmierć przywdział niespodzianą zbroję ostatecznej desperacji, w której człowiek zamyka się, kiedy wie, że nic już nie jest w stanie go uratować. Ergard też czuł to uczucie. Nie było litości dla uciekinierów, dla tchórzy i tych, którzy zwątpili. Byli oni gorsi od tych, z którymi Kruki toczyły walkę. Miecz, którym władał powoli wytracał swą siłę i rozgramiał się stopniowo na kolejnych, coraz ostrzejszych gardach przeciwnika. Ten, broniąc się, ranny w ramię w oczach z dzikością i chęcią zabijania począł nadawać starciu tempo. Adaven z początku nadążał i kontrował, jednakże brak zdolności dał mu się we znaki. Pojedynek przedłużał się, na jego niekorzyść. Przeciwnik widząc to, wydał zwycięski krzyk, że chociaż jedną duszę zabierze ze sobą, a może nawet przebije się w chwale i szczęściu przez kordon walczących. Pijaczyna zaklął bardzo szpetnie po krasnoludzku. Uczuł niemiłosierny ból ręki powyżej łokcia nieco, w prawym członku. O mało miecza nie wypuścił. Poczuł, że ciesz jakowaś ciepła, spływa mu ramieniem, pot na czoło jeszcze sowiciej wstępuje, a stopy depczą trupy. Potknął się i obalił na plecy. Wróg, z krwią Adavena na końcu ostrza ryknął jeszcze bardziej zwierze przypominając i przebić go chciał. Ergard jednak, czując zimny dotyk palców ÂŚmierci, która przedwcześnie zabrać go chciała ze sobą miecz w linii do wroga wystawił. Ten nadział się na to, jakoby na pikę. Jęknął. Twarz jego, na jednej linii z zapijaczoną mordą Istedda stawała się coraz bardziej blada. Krew z jego ust spływała na włosy i kark leżącego na ziemi zwycięscy tego pojedynku. Chciał zwymiotować i wszystko to w cholerę ostawić, ale szczegół jeden to zakłócił. Ciało martwiejca na niego upadło i przygniotło jak wór ziemniaków. Zrzucił je z siebie i jęknął głucho. Nie obwinął rany na ręce, choć czuł tamtejszy ból. Szybko zdecydował się wstać, aby nie zostać przez przypadek zgnieciony przez walczących. Wsparł się na mieczu i podniósł z trudem. Splunął krwią przeciwnika i zaśmiał się sam z siebie, kiedy ujrzał zlepki świeżej krwi na dłoni, którą właśnie twarz oczyścił.
- Muszę wyglądać paskudnie... - stwierdził i rozejrzał się, czy aby cios w jego stronę nie pada.
50/130
Vitnir:
Aerandir z mieczem w ręku biegł na trzyosobową grupkę. Nie zawiedź tylko Kendara - wyszeptał wampir, wykorzystując swoje atletyczne ciało doskoczył do przeciwników, po czym wykonał potężny cios wymierzony w przeciwnika na wprost niego. Uderzenie złamało blok wytrącając miecz, a wampir w ciągu sekundy ugodził przeciwnika, który upadł martwy na ziemie. Wyjmując miecz, odrazu wykonał pchnięcie w tył i usłyszał skrzekot uderzanego metalu. Aerandir odskoczył w bok i zaatakował kolejnego przeciwnika machnął mieczem, przeciwnik chciał sparować cios swoim ostrzem, blok ten można było uznać za udany, poza małymi zadraśnięciami. Wampir zrobił obrót na pięcie i wykonał taki sam atak na przeciwniku za plecami, spowrotem odwrócił się do pierwszego z przeciwników, ten chciał zaatakować, jednak poskutkowało to wybiciem broni człowieka. Wampir połączył z blokiem pchnięcie w tył, które ugodziło w klatkę piersiową przeciwnika za plecami, który w tym momencie podnosił broń do ataku. Pierwszy wojak zdążył podnieść broń i przygotował się do bloku ataku nadchodzącego z prawej, wampir w tym czasie przerzucił miecz do lewej ręki i uderzył w szyje przeciwnika, który osunął się na ziemie. Aerandir rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu kolejnego celu.
47/130
Dragosani:
Młody mag wypatrywał kolejnych ofiar. Czteroosobowa grupka wojowników Zgromadzenia wydała się idealnym celem. Mag uśmiechnął się do nich, oni zaś, jakby zrozumieli, wycelowani weń łuki i naciągnęli cięciwy. Mag w tym czasie pobierał moc i zaczynał mamrotać zaklęcie.
- Ishuoshan. - rzekł władczym tonem, w chwili gdy łucznicy wystrzelili Dwie strzały haniebnie chybiły, dwie pozostałe zaś zatrzymała Wietrzna Aura. Grom wysłany przez maga nie chybił. Uderzył z głośnym trzaskiem z grupkę mężczyzn. Przez chwilę ciężko było cokolwiek dostrzec poprzez jego blask. Jednak gdy błyskawica zniknęła mag ujrzał dwa powykręcane i spopielone ciała. Dwóch pozostałych wojowników zdołało przeżyć. Jeden leżał bez przytomności obok zwęglonych trupów. Widać było że ciężko oddycha. Drugi nie stracił przytomności i nieco oszołomiony próbował odczołgać się w bezpieczne miejsce.
- IGOI! - wypowiedział Zeleris wskazując różdżka na pełzającego wroga. Kula ognista dopełniła dzieła gromu.
- IGOI! - rzekł mag wskazując na oszołomionego woja. I w tym przypadku efektem tego był kolejny trup.
Lindangol: Grom.
43/130
Anette Du'Monteau:
-Kapitan Triss!! - zacząłem krzyczeć. Wypuścić salwę na tyły przeciwnika! Już! - po tych słowach czekałem na szum lotek. Nie minęła minuta i moje uszy go dosłyszały. Potem przerywane krzyki umierających ludzi na tylnej linii frontu Zgromadzenia.
Wstąpiły we mnie nowe siły. Ponownie rzuciłem się w rzeź. Ciąłem pierwszego z brzegu przeciwnika oboma ostrzami w głowę. Głębokie bruzdy szybko wypełniły się krwią, a przeciwnik padł. Kolejnego przebiłem z rozpędu krzyżując ostrza w "X" podczas biegu. Za nim jego ciało upadło na ziemię wykorzystałem je rzucając w innego członka Zgromadzenia. Przygnieciony przez swojego kolegę stał się łatwym łupem. Skierowałem miecz sztychem w dół i wbiłem w gardło. Bezradny wojownik krztusił się własną krwią. Kilka chwil potem zamarł w bezruchu. Jego ręce, które wcześniej próbowały wyciągnąć klingę, teraz leżały bezradnie.
39/130 + zabicia łuczników
//; Aragorn zdaję się ustala liczbę w przypadku masowych
Eric:
Diomedes starał się niechlujnie zetrzeć krew z ostrza, tylko ją rozmazując, co nadało ostrzu metaliczny czerwony połysk. Mężczyzna zaklął pod nosem, ale już nie starał się wyczyścić broni. Krzyki zagłuszały jego myśli. Przerażeni ludzie, którym Angelos najpewniej wyprał mózgi, walczyli za chore ideały. Walczyli w walce, która pogrążała ich coraz bardziej z minuty na minutę. Smutny był to widok, a zarazem obrzydliwy. Ciała coraz gęściej zalegały ziemię, krew wsiąkała w nią niczym woda w gąbkę. A na dodatek ten smród. Obrzydliwy smród. Diomedes splunął siarczyście i skierował swe kroki ku małej grupce przeciwników. Powolnym, dystyngowanym krokiem wyszedł im na spotkanie. Pozwolił im zobaczyć twarz przeciwnika przed śmiercią, po czym wolno, opanowanie zaczął skracać dystans. Powoli unosił broń, aż w końcu przyjął należytą postawę. Dokładnym ciosem odciął przeciwnikowi dłoń, po czym chlasnął go przez całą klatkę piersiową ostrzem klingi. Wojownik padł martwy. Pozostali dwaj wzdrygnęli się, widząc okropną scenę. Ręce drżały im nie tylko ze strachu, ale i ze zmęczenia. Diomedes jednak nie zamierzał się litować, przyspieszył chcąc szybko, bez zbędnych cierpień pozbyć się przeciwników. Nadbiegając zygzakiem ciął od prawej, przez ramię. Cios został sparowany, to też odskoczył nieco do tyłu i balansem ciała zmylił obu przeciwników. Obszedł ich półkolem i ciął z góry. Szczęście znów uśmiechnęło się do wojownika zgromadzenia, bo udało mu się sparować silne uderzenie. Diomedes obrócił się i ciął na nogi przeciwników. Oboje uskoczyli, wykorzystując okazję do kontry i nacierając bezlitośnie na Kruka. Diomedes jednak nie dał się ich niedbałym ciosom, parując każdy bez wyjątku. Odbił ostrze jednego z przeciwników, pchnął go mieczem między żebra i pociągnął ostrzem ku górze, pozbawiając zgromadzeniowca życia. Uskoczył przed kolejnym ciosem, wyciągając pospiesznie ostrze z bezwładnie upadającego truchła. Diomedes natarł na wojownika zgromadzenia i upozorował cios na lewe udo, po czym przerzucił broń do lewej ręki, nadepnął przeciwnikowi na stopę i przebił go na wylot ostrzem swego miecza.
36/130
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej