Tereny Valfden > Dział Wypraw
Tajemnice Starożytnych IV - Klucz ÂŻycia
Mogul:
Jeszcze chwila i koniec pomyślał chłopak. Chłopak zauważył jak zbliża się do niego jeden z ostatnich żywych. Chłopak demonstralnie wyciągnął miecz na wysokość ramienia tak jakby wskazując na przeciwnika. Ugiął kolana jakby szykował się do biegu i wystartował. Wróg nie wiedząc co robić stał przerażony. Jego błąd. Chłopak pchnął nie w bok, nie w serce lecz prosto w głowę. Siła uderzenia była duża przez co czaszka została przebita. Wyglądało to ochydnie bowiem chłopak trafił mieczem prosto w usta. Wróg patrzył się na niego swoimi oczami które wyzionęły ducha...
4/75!!
Anette Du'Monteau:
Bitwa już niemalże cichła. Ci, którzy jeszcze nie zginęli dogorywali na twardej ziemi. Ci, którzy wciąż żyli mieli świadomość, że śmierć depcze im po piętach. Pozwoliłem sobie wyjść z ukrycia i dopaść kolejną ofiarę. Członek zgromadzenia bez wahania rzucił się do walki, wiedział, że większego wyboru nie ma. Uderzał z zaciekłością i siłą, która według niego pochodziła od Angelosa. Ale to tak na prawdę tylko ludzki instynkt, on za wszelką cenę każe mu przeżyć. Z początku parowałem jedynie ciosy, jednak z każdą chwilą było trudniej. Kolejne uderzenie odbiłem z sporą siła wytrącając przeciwnika z rytmu, a gdy nadarzyła się okazja również i broń. Chcąc zakończyć spotkanie ciąłem obiema klingami ze skosu.
Nagle straciłem grunt pod nogami. Zaćmiło mi na chwilę wzrok i przeszedł mnie ostry ból w plecach. Kiedy jednak spostrzegłem paskudną gębę nad sobą wykonałem odruchowo kopniaka w kroczę. Napastnik wytrzeszczył oczy na wierzch i chwytając się za miejsce bólu padł na kolana. Następny kopniak w szczękę odrzucił go nieco w tył. Poza tym siła ciosu złamała bez problemu żuchwę. Zwieńczeniem walki było przebicie żołądka i płuc przez moje obie bronie.
2/75
Hagmar:
Nagle wszystko ucichło, bitewną wrzawę zastąpił szum wiatru. Bitwa była skończona,, Yarpen mocował się z toporem który głęboko utkwił w piersi wroga, reszta zmęczona niemal wycieńczona oglądała pobojowisko.
Mogul:
-Piękna bitwa towarzysze. Niestety myślałem że mniej spróbuje uciec. Co za tchórzostwo... Idziemy na główne pole? - spytał chłopak...
Eric:
Pole walki zawalone trupami wyglądało okropnie. W kałużach krwi leżały szczątki wojowników zgromadzenia. Diomedes usiadł w miarę daleko od pobojowiska. Nie chciał z bliska patrzeć na truchła, ani wdychać ich zapachu. Musiał odpocząć, zjeść coś. Przypomniał sobie o wyśmienitym bulionie Zeyfara i poczuł jak skręca mu się żołądek. Otarł pot z czoła i wzdychając zamknął oczy na dłuższą chwilę. Miły wietrzyk smagnął mu twarz, dając mu przy tym tak pożądaną świeżość. Spojrzał na fortecę. Z jednej strony mury były trochę podniszczone po walce magów. Wszystko skończyło się jednak dobrze dla drużyny Diomedesa, czyli właśnie tak jak się spodziewał. Podniósł się z ziemi i ruszył w kierunku, w którym widział towarzyszy.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej