-Ty! Nu chodź tu..- Domenic zawołał jednego z wojaków Yarpena, którzy mu towarzyszyli.
-Zwiąż mi go coby ani drgnął.- i w tej chwili oczy krasnoluda zmieniły się w nieprzebraną czerń. Nie było to spojrzenie codzienne, nie przebijało wskroś, ani nie emanowało chaosem. Wręcz przeciwnie, aksamitna, spokojna i harmonijna wręcz głębia, która mimo wszystko nakazywała spełniać każde polecenie brodacza. Lecz wszystko to przerażało, nie tylko jeńca, ale i żołnierza, który pomagał synowi Zirgina krępować nieszczęśnika. Jeśli był świadom tego co go czeka, co wydaje się niemal niemożliwym, to winien wrzeszczeć i błagać o najszybszą śmierć. Jednak milczał, a nie był to już heroizm, a jedynie durny upór.
Upór należało złamać najpierw... Najdłuższa i najżmudniejsza z prac każdego kata. W każdej armii, każdej hanzie i w każdej wsi znajdzie się taki, który dołoży ręki do ciężkiej pracy, którą jest wyniszczenie człowieka psychicznie, poznanie jego nieudawanego strachu i odruchów. Tak i teraz znalazł się worek soli, solidne obcęgi, młot oraz niewielki miech. Wystarczyło, by prędko przygotować kilka niewielkich kołków, rozgrzać stalowy pręt oraz wzbudzić u jeńca zdecydowane zainteresowanie, które do tej pory z taką zawziętością negował.
-Zwą mnie Domenic... I nie lubię wygrzebywać cudzych flaków ze swojej brody. Bądźże łaskaw, coby oszczędzić mi kłopotu i sobie bólu, powiedzieć wszystko o załodze, dowódcy i samej fortecy.- zapytał spokojnie krasnolud, jakby zamierzał wypić z jeńcem piwo, a nie katować go całą noc.
-Chłopcze... Ty chyba nie wiesz- tutaj brodacz zbliżył swoją twarz do wojownika, który popadał w coraz większe drgawki -Ty chyba nie rozumisz, że ja cię stąd nie wypuszczę żywego- dodał z wyraźną pasją i determinacją w głosie Domenic. Wycie i klątwy jeńca rozdarły powietrze... Wracające do gniazd ptaki spłoszyły się i stosunkowo ciemne niebo ściemniło się jeszcze bardziej pod dziesiątkami rozpostartych skrzydeł.
-Nie zdzieraj sobie tak szybko gardła... Później będziesz chciał krzyczeć, ale...- ściszył głos i podjął w rękę młotek wraz z kołkami -Do wszystkiego dojdziemy.- pewność wyczuwalna w jego tonie zwiastowała zbliżające się wydarzenia.
-PIEEERDOLONY AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!- rozległo się po okolicy. Blask ogniska oświetlał skrwawione palce jeńca, opatrzone wbitymi do połowy drewnianymi kołkami. Nienaturalnie zgrubione, gdzieniegdzie popękane pod naporem niedokładnie struganych drewienek. Rytmiczne, tępe, opiewane pokrzykiwaniami uderzenia młotka... Tylko to dominowało na prozaicznym obrazku krasnoluda, który wbijał kolejny kołek pod drżący w konwulsjach palec wskazujący jeńca.
-Trzymaj mocniej...- szepnął do żołnierza, który z niedowierzaniem spoglądał i ze strachem uczestniczył w pogawędce z krasnoludem. On sam drżał cały kiedy paznokieć więźnia pękł z trzaskiem, a krew obryzgała twarz Domenica. Kołek docierał do stawu.
-I przyjmij sobie na to panie konny... Owa dziewka przyniosła mi dzban mleka. Z rana! Wydedukuj to sobie...- ciepłym i pełnym sympatii głosem brodacz mówił o swojej wymarzonej, samotnej chacie u podnóża gór, o życiu z żoną i małymi szkrabami pałętającymi się tu i tam. Kiedy rozbity dzban opiewano śmiechem i żartem, a wysłużony oręż wspomnieniem i kolejną frazą o torach jakimi nas wiezie życie.
-Widzisz... Wystarczyło poprosić, a ja cię napoję.- tutaj Domenic podał jeńcowi paskudną zawiesinę wody z najpodlejszą solą w okolicy. Sól ta, żrąca w chwilę nawet podłą rybę z rowu nie była miodem na zdarte gardło jeńca. Choć po godzinie jęków i wrzasków przylegała niczym miód.- Tyleś wiedział o swoich kompanach w środku ciągnął dalej brodacz - Gdzie są, ilu ich, a okupiłeś każdą dziesiątkję jednym palcem... Może ich więcej tam jest, co? Tako jako ty masz więcej jeszcze palców?- dodał kiedy na jego polecenie ściągnięto jeńcowi buty.
-Zimno pewni gościowi będzie, a odciski trzeba rozgrzać...- powiedział Domenic kiedy zbliżył dłoń do pręta. Na pięść od samego żelastwa włosy na dłoni krasnolud spopieliły się, a on sam raptownie odsunął dłoń. ÂŁgał brodacz o odciskach, bo wcale ich nie było... Wszak spod spieczonego i ociekającego od wszelkich płynów mięsa nie dało się dostrzec niczego. Jeśli zaś o oku mowa... Ale trzymajmy się kolejności.
-Nie żałuj nań tej soli.- dodał krasnolud kiedy pomocnik, który odsunął się od jeńca na tyle by nie widzieć dosłownie topiących się w solance ran, podawał mu kolejną zawiesinę solną.
-Nie okłamuj ty mnie... 150 to nie 100, a owy Fiodor na baszcie potężnego fortu to nie... Nieważne już. Tylko nie krzycz.-
Krzyczał. Nierozpuszczona sól zagłębiła się w mięsiste i stygnące od wody rany, których karmazynowy kolor i liczne bąble piekła tak, że żadna istota nie może sobie tego wyobrazić.
-Też wam kazano przysięgać... ÂŚlepo patrzeć na fanatyka? Aż tak bardzo pożądaliście władzy i nieograniczonych światów, że zaślepieni zgubiliście nasz świat. Ja ci te oczy otworzę...- krasnolud przypatrywał się ponownie nagrzanemu prętowi. Już nikt nie stał w jego otoczeniu, pomocnicy uciekli. Wszelcy wariaci i wiecznie nienasycona tłuszcza czmychnęła za płoty i kiecki swoich kobiet w okolicznych wsiach. I już nikt nie krzyczał... panowała błoga cisza. Zbliżała się ciemność, a przynajmniej dla jednego z gości obozowiska.
Wypalana gałka oczna, wyciekająca ciecz barwy czerwono białej. I to krytyczne poszerzanie się powieki w dramatycznym punkcie. Ciekawe czy człowiek myśli wtedy o bólu, którego i tak zaznał już krocie, przecierpiał wszelkie wieki i grzechy. Czy wtedy podejmuje się kwestię strachu i końca? Spieczony oczodół, pewną ręką prędko napełnił się kryształkami soli. Aby ani jedno z nich nie uleciało, przesączone płynami ustrojowymi, którymi zachodził oczodół krasnolud prędko zasłonił kawałkiem szmaty oczy jeńca. Dość szczelnie.
-Teraz już będziesz mógł odpocząć... Tak oto wygląda świat, twój Angelos nie miał racji. Jest tylko ciemność dla takich jak wy. Ja cię uwolniłem, odpokutowałeś za błędy.- mówił rozprostowując szerokie obcęgi. -Nie trzeba było krzyczeć, a jedynie uwierzyć. Bo ostatecznie nie ma nic poza wiarą. Odzyskaj ją prędko, bo... zostanie ci tylko ta ciemność.- mówił spokojnie i choć półprzytomny, skrwawiony i drżący w konwulsjach jeniec nie widział niczego to wyczuwał, że brodacz kroczy w jego kierunku. Mimo to czuł również, że nie zbliża się kolejna porcja bólu, a ukojenie.
Tym razem jego wiara była właściwa.
Trzask pękających kości nie powinien być niczym inspirującym. Idealny, niepowtarzalny, możliwy do uzyskania na miliony sposobów, ale zawsze ten sam. Opatrzony takim samym jękiem, zgrzytem i hukiem. Zakończony omdleniem i strachem w niewidzących już nic oczach. Choćby w najgorszych mrozach rozgrzewający cały organizm, każdą kość i każdy nerw. Każdy kto podważyłby ten fakt niechybnie zasługuje na ten sam los co nieszczęśnik, który zaznał w ten sposób ukojenia.
Chłodna woda obryzgała spoconą, osmoloną i ociekającą od krwi twarz brodacza. Mył ją długo, ścierał gniew, porywczość. Wszystko to, co uczynił cierpieniem dla samego cierpienia musiało zginąć w odmętach wiadra, które szybko zabarwiło się w szlam rynsztoku.
-Spalcie go... Migiem, nie będę na niego patrzył.- rozkazał wojakom, którzy siedzieli w milczeniu i popijali bimber za namiotem. Bez mrugnięcia okiem ruszyli do ciała leżącego już bez ducha.
Wyłonił się zza sterty skrzyń... Pierwszy dostrzegł do Zeleris.