Tereny Valfden > Dział Wypraw
Zemsty smak
Gunses:
Jednakże zanim znaleźliście jakiekolwiek ruiny, usłyszeliście dźwięk podobny do szczeknięcia psa. A później wyrwane z szeptu słowo. Słowo w lesie o 3 nad ranem?
Elrond Ñoldor:
- Bandyci? - szepnął Nikolai tak cicho, że tylko inny Wampir w odległości co najmniej 5 metrów mógł to usłyszeć. Nieśmiertelni zatrzymali się i z wyciągniętymi mieczami zaczeli skradać się w kierunku, z którego usłyszeli słowo...
Gunses:
Zaczęliście kierować się w głąb lasu. Słowo które padło było dość łagodne, ale wasze ucho je wychwyciło. Dalej był szept, którego zrozumienie gwarantowało tylko i wyłącznie podejście bliżej. Przedarliście się przez krzewy bezszelestnie. Zauważyliście, że zmierzacie ku uskokowi jaru. Jar był stromy, ale i szeroki. Od przeciwległej ściany oddzielała was odległość 40 metrów. To właśnie z przeciwnego uskoku dochodził szept. Zauważyliście postacie. Dwie. Niczym posągi mierzące się wzrokiem na przeciwległym szczycie kamiennego jaru. Postacie były bardzo kontrastowe, ale od razu dało się zmiarkować, że nie są to mutanty. Wykorzystując nocną porę staliście się niewidzialni, aby zbliżyć się bardziej. Wkroczyliście praktycznie na samą krawędź urwiska. Biel kamyków i szarość skały pod waszymi stopami zlewała się z mchem i porostem. Wąwóz miedzy dwoma uskokami usiany był gęsto krzakami i pokrzywami. Rosło w nim dość mało drzew w porównaniu z borem który was otaczał. Teraz, skryci za olszami i krzewami bzu mogliście przypatrywać się rozmówcom. Różnili się.
Pierwszy z nich, stojący z prawej strony był prawie zupełnie rozebrany. Jego cera był ciemna, jakoby opalał się kilka dni. Włosy czarne i grube nosił rozpuszczone, sięgające łopatek pleców. Lekko upstrzone były one jednostkowymi sztukami igliwia i liści. Twarz, krzepka i młodo wyglądająca również pokryta była kilkudniowym zarostem. Na szyi nosił rzemyk z zawieszonymi kłami bestii. Ręce w nadgarstkach i kostki zdobiły wielokrotnie okręcone rzemienie. Na biodrach, zawieszone na pasie miał zwierzęce skóry sięgające ud, zakrywające co należało i z przodu i z tyłu. Zaskakująca była tężyzna fizyczna przy tym wzroście. Człowiek mierzył niemalże dwa metry, a i zbudowany był niby posąg herosa. Jego oczy, duże i dzikie niczym u żbika miały kolor ciemnego brązu. Mężczyzna był bez butów i bez innej odzieży, ale ni był brudny czy zaniedbany.
Drugi z rozmówców ubrany był od stóp do głów. Nosił wysokie elfie buty z jakże charakterystycznym rzędem kilkunastu klamer. Do tego spodnie szerokie o wielu kieszeniach, niekrępujące ruchów. Górę odzieży tworzył mistrzowskiej roboty kubrak. Szyty na miarę, zdobiony z zewnątrz złotymi i srebrnymi liniami, a wewnętrzne wzmacniany metalowymi płytkami, chroniącymi częściowo przed uderzeniami, ale zapewniającym mobilność. Kaftan choć przepiękny nie był nowy. Nosił wręcz na sobie ślady lekkiego zużycia. Całość okrywała szata. Peleryna z kapturem i rękawami. Zdawałoby się, że postrzępiona jej forma była zamysłem samego krawca. Wasze oko przykuła intrygująca rzecz. A mianowicie arcymistrzowskiego wykonania, stara, ale nadal funkcjonująca, wykonana ze złota maska. Miała ona już niejedną rysę, złoto zatraciło swój blask, ale nadal była czymś urzekającym. W dłoniach ukrytych pod czarnymi rękawicami mężczyzna trzymał czarną księgę, również nie młodą, okutą w metalowe ramy, z intrygującym zamkiem.
Ażeby cokolwiek usłyszeć, zmuszeni byliście wyostrzyć swe zmyły...
Elrond Ñoldor:
I tak też uczynili dwa nieśmiertelni. Skupili wszystkie swoje zmysły i skoncentrowali się na obu postaciach. Nie wydawali przy tym jakiegokolwiek dźwięku, bo wiedzieli, że dwaj dziwni osobnicy, od razu usłyszą że są podsłuchiwani.
Gunses:
//Nie słyszeliście początku rozmowy
//TYM KOLOREM będzie wypowiadał się mężczyzna z prawej (ten skąpo ubrany).
//A TYM KOLOREM będzie mówił zamaskowany jegomość.
- ...nie widziałem innej możliwości - rzekł czarnowłosy mężczyzn - Kiedy moi ludzie donieśli mi, że znalazł się ktoś kto może nam pomóc, zdecydowałem się, że udam się tutaj.
- Owszem - odrzekł odziany w czerń mężczyzna - Problem jest mi znany i znane mi są sposoby na jego rozwiązanie...
- Najpierw - przerwał mu mężczyzna z prawej - odpowiedz na jedno pytanie. Kto...?
- A jak myślisz? - zamaskowanego rozbawiło to pytanie - To oczywiste, że to on.
- Co?! - prawie szczeknął czarnowłosy - On? Gunses...? Niee, to nie możliwe. Posłuchaj. Dużo rzeczy do mnie docierało przez mniej i bardziej jawne źródła. Wielu informatorów źle skończyło rzucając na wiatr fałsz. Poprzysiągłem nigdy nie dopuścić do kolejnego rozlewu krwi. A twe słowa mogą mieć kolosalne konsekwencje. Bardzo złe konsekwencje. Dla wszystkich. Dla całej wyspy... Masz dowody?
- To proste - rzekł swym zimnym martwym tonem zakłóconym metalicznym dźwiękiem zamaskowany - Kto inny może przemieniać w wampiry? Tylko Gunses. Tworzy on je na potęgę i wypuszcza w okolicach wsi. Atusel to młode miasto, ludzie nadal tutaj są zabobonni. Wierzą, że zabójstwa to kara od bogów. A plan krwiopijców się rozwija. Nowo-stworzeni atakują i zabijają. Kto przeciw nim staje w walce? Ta dziwka Setmre. Wszystkie wampiry dobrze ją znają i wiedzą, że jej słowo, słowo kochanicy Gunsesa dużo znaczy. Chodzi ona wieczorami po lesie i nawołuje. Młode wampiry przychodzą do niej, a ona ich zabija. Później lud ją wielbi, a wraz z nią i Gunsesa. A wszak to jest ich jedynym stanem istnienia. Uwielbienie od ludu...
- Masz tu trochę racji. Ale nie przeszkadzaj sobie.
- Niedowiarku... Posłuchaj. Kiedy tu przybyli hasało tu sporo dzikich watah wilkołaków. Twój Klan Wilka trzymał się od tego z daleka i starał się trzymać w ryzach również dzikie klany. Ale wiem nie zawsze dało radę. Klan Gunsesa zabijał wilkołaki, otrzymywał pochwałę i część od ludność. Później gdy wilkołaków zabrakło, zaczęli pomagać ludziom w mniej ważnych sprawach. Kiedy i te się wyczerpały, potrzebowali kolejnego zagrożenia. Zagrożenia, które sami stworzyli. To jego bękarty zabijają w okolicznych lasach i w Atusel, a jego kurwa zabijając swych pobratymców przynosi mu chawałę.
- To niemożliwe! Kurwa! - ciężko oddychał mężczyzna z rzemieniami na rękach - Od czasów wojen nieśmiertelnych. Od czasów mojego panowania nad Klanem Wilka. Od czasów Dragossaniego i jego dzieci. Nikt nie ośmielił się tworzyć takie monstra. To demony. Bękarty swej krwi. Słowa zawarte przeze mnie i władców wampirów nigdy na takie coś nie zezwalały. Jak Gunses mógł tak nisko upaść? Ooo, przeklęty bądź dzień, kiedy on się narodził
- Rozgłos, cześć, chwała... Do różnych metod uciekają się możni tego świata.
- Tak nie może być. Wampiry zawsze były potężniejsze od nas i gdyby nie zapomniany czyn Kagana wojny nieśmiertelnych potoczyłyby się inaczej i kto inny byłby przegrany, a kto inny byłby zwycięzcą. Te mutanty zagrażają nie tylko nam ale i niewinnym. Tak nie może być...
- I tak nie będzie. Dowiedziałem się, że Gunses w strachu przed zdemaskowaniem wysłał nawet kolejnych swych krwiopijców. Kręcili się po Atusel, pytali, szemrali. Widać całą sprawa przybrała zbyt wielkiego rozgłosu, a same mutanty jak to określiłeś wyrwały się spod jako takiej kontroli. Setmre na nie poluje, teraz ta dwójka. Jak im tam... Nikolai i Ocian? No i z tego co wiem, polują na nie również wilki.
- Sprawa zalazła mi za skórę. Posłałem tutaj zwiad dzikich wilków. Przeczesali teren i zabili kilku.
- Sami też umarli. Te mutanty są zaskakująco silne. Nie porywaj się z motyką na słońce, wszakże...
- ...wszakże mam Ciebie? No tak, w końcu w liście przedstawiłeś się jako Strażnik Równowagi. Czemuż taki tytuł?
- Chaos rodzi więcej chaosu. Tylko harmonia i równowaga dają złudne dobro. Kiedy w stawie jest zbyt dużo żab, nie mogę powiększyć ilości bocianów. Mogę jedna wyeliminować część żab, aby wszytko pozostało w harmonii. Nie zwiększę twej potęgi Retheis, ale mogę umniejszyć potęgę Gunsesa.
- Tym? - zapytał po chwili Retheis patrząc na księgę
- Poniekąd. Wspomogę się tym, aby zrobić tu należyty porządek.
- A maska?
- Hmm... Retheis, ty nie masz najlepszej sławy. A ja za dnia jestem zwykłym obywatelem. Muszę pracować dla mej rodziny. Nocą muszę chronić swoją rodzinę. A wiem, że niektórzy po konkatktach z tobą znikają... źle kończą... Ich rodziny również. To takie moje zabezpieczenie - rzekł pogodnie, z tym, że słowo RODZINA dziwnie zabrzmiało.
- A ten metaliczny głos?
- Maska jest specjalnie skonstruowana. Kilkadziesiąt małych otworków, kilkaset małych blaszek i mój głos nie jest już rozpoznawalny. Stara maska, jeszcze z kontynentu ją przywiozłem... Eh to były czasy...
- Nie rozpraszaj się. Masz misję. Czego oczekujesz w zamian?
- Mi osobiście zalazły wampiry za skórę, a w szczególności Gunses. Zresztą, bronię swój LUD...
- Czego?
- Może kiedyś, będę potrzebował wsparcia? Pomocy kogoś wpływowego? Wtedy o tobie będę pamiętał.
- Załatw tą sprawę, a dogadamy się - zapewnił Retheis, po czym odwrócił się w stronę drzew, za którymi ukryci byli Nikolai i Ocian. Mężczyzna zmarszczył nos - Czuje ich. Wampiry. Cóż... daję ci wolną rękę. Ale tak ciekawi mnie, cóż to jest za sprawa. Dlaczego podejmujesz się tego?
- Jak by to powiedzieć... Zemsty smak jest taki słodki.
- Zemsta, to rozkosz umysłów ciemnych...
- ...ale rozkoszą być nie przestaje. Hahaha.... - w tym czasie obaj zaczęli się śmiać - Widzę, że i ty znasz powiedzonka naszego Gunsesa.
- Słyszało się to i owo. Ruszaj.
- Bywaj Cetoe Retheis.
- Bywaj Strażniku Równowagi.
Retheis wskoczył na wielki głaz. Zaryczał i przemienił się w potężną bestię. Spojrzał na Strażnika, zawarczał w stronę ukrytych Wampirów i rzucił się do galopu rzez las. Wkrótce znikł wam z oczu.
Strażnik Równowagi, wszak tak sam się zwał, ruszył pomiędzy drzewami ku swemu przeznaczeniu. Szedł szybko. Wręcz płynął pomiędzy krzewami i kamieniami. Wiedzieliście, że go nie dogonicie, ale przy syzbkim marszu nie zginie wam z oczu. Nie dogonicie go, bo choć nie był mutantem był niczym stworzony do poruszania się w leśnych ostępach. Niczym leśna nimfa. Niczym... Elf.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej