Tereny Valfden > Dział Wypraw
Mądrość i Prawda
Anette Du'Monteau:
Moja reakcja na bandytów była natychmiastowa. Zeskoczyłem z konia i dobyłem obu mieczy. Jeden chwyciłem na odwrót kierując jego ostrze wzdłuż mojego ramienia. Kilku kroków i już znalazłem się przy pierwszym wrogu. Wyprowadziłem proste cięcie dla sprawdzenia jego umiejętności. Oczywiście udało mu się zablokować. Z początku unikałem większości jego ataków. Jednak chciałem już z tym skończyć. Udałem, że zaczynam kolejny atak od lewej ostrzem trzymanym wzdłuż ramienia, gdy przeciwnik się nabrał wyciągnąłem przed siebie drugą klingę i wbiłem w bandytę z duża siłą. Teraz naprawdę zamierzyłem się z lewej celując w szyję. Klinga gładko przecięła mięśnie wywołując strumień posoki pod wysokim ciśnieniem.
Następny człowiek nawet nie zauważył, że się zbliżam. Wycelowałem mieczem prosto między jego łopatki. Przekładając ciężar ciała naprzód pchnąłem nieszczęśnika od tyłu. Kiedy zaskoczony odwrócił spojrzeć się w twarz swojego zabójcy wbiłem mu drugie ostrze. Jego oczy zrobiły się szkliste i tęczówki uciekły gdzieś w górę. Bezwładne ciało osunęło się na ziemię.
15/7/25
Gunses:
Gunses schował jeden z mieczy do pochwy, aby uwolnić lewą dłoń. Podbiegał następny przeciwnik. Gunses wykonał dwa przeciwne piruety aby zmylić przeciwnika. bandyta zaatakował sztychem, ale Gunses widząc kątem oka owy ruch, szybko spiął mięśnie i wyślizgnął się miejsca ataku. Wampir uderzył ostrzem w wyciągniętą dłoń bandyty. Ostrze dotkliwie zraniło dłoń. Bandyta wypuścił oręż i wtedy zobaczył Gunsesa. Wampir wyskoczył lekko na metr w górę i z potężnego zamachu uderzył swym szponem w twarz bandyty. Pazury wbiły się w kość skroniową i żuchwę a siła uderzenia złapała czaszkę i oderwała przednią część głowy. Zbir padł martwy. Gunses napierając w płuca powietrza wydał okrzyk, który przerodził się w falę niszczącego dźwięku dookoła Wampira...
16/7 + tyle ile omdliłem Krzykiem/25
Krzyk
Gordian Morii:
//: O ziemię uderzyło 4 bandytów pozostałej 5 dzwoni w uszach.
Hagnar Wildschwein:
-Dobrego wieczora karczmarzu- pozdrowił krasnolud będąc tuż przy ladzie. Nawet nie krępowało go to, że ledwo ledwo jego głowa przewyższała ów blat.
-Z daleka jedziem, dej w łasce swojej miodu do kufla mi i mojej kompanii.- powiedział gestykulując i wskazując zachowaniem na niezwykłe wręcz zmordowanie.
-Konie do stajni wprowadzić pachołkom kazałem, poinstruować raczyłbyś coby obroku przygotowali dla jeszcze kilku innych, które wciąż w drodze, a i napoili jak trzeba wierzchowce i tego wóz ciągnącego- tutaj krasnolud wskazał przez okno na konia, którego woźnica wprowadzał do stajni, choć z trudem odróżnił go od czegoś innego, bo śnieg zacinał jak cholera jasna.
Gordian Morii:
Karczmarz zmierzył Cię wzrokiem pełnym nienawiści i pogardy by wreszcie otworzyć usta ziejące pustką i smrodem zgniłych resztek jedzenia i rzec - Ja Ci wyglądam na wróżkę czy może na krzata, którymi dzieci się straszy? Bez złota sypiącego się strumieniem na blat tego stołu o miodzie możesz co najwyżej pomarzyć. A konie mogę przetrzymać najwyżej w szopie póki stajnia nie zwolni się, bo teraz taki jeden mag trzyma tam swoje rumaki.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej