Tereny Valfden > Dział Wypraw
Początek przygody - Altair
Altair:
Jest nadzieja w tym świecie. Grzywa konia połyskiwała świetlistymi refleksami od przenikających przez liście drzew światła. Dla pewności Altair sprawdził, czy pakunek jest na swoim miejscu. Wcale nie odetchnął z ulgą, gdyż był pewien, że przesyłka tam jest. I była. Daleko po lewej ujrzał biegnącą sarnę. Biegła razem z nim. Prężnie przeskakiwała ponad zwalonymi pniami i wyrywającymi się ponad powierzchnię korzeniami drzew. Piękny widok wręcz zapierał wojownikowi dech w piersiach. Szybciej, żwawiej, wyżej. Z kocią zwinnością i gracją baletnicy zwierzę pokonywało kolejne metry. Ucieka. Przed sarenką pojawiło się wiele sporych krzaków. W nich właśnie zniknęła Altairowi z wzroku. Chciałbym być tak wolny, tak swobodny... Sentyment odbił się świeczkami w oczach strudzonego wędrowca. Odczuł satysfakcję, gdy po drugiej stronie pojawiło się zwierzę. Jednak bez swej zwinności i gracji. Zatoczyło się kilka kroków i uderzyło w ziemię, wystawiając na widok strzałę tkwiącą w jej boku. Mężczyzna gwałtownie odwołał swoje poprzednie zdanie. Łowczy królewski. Domysł Altaira był najbardziej prawdopodobną opcją...
Gordian Morii:
Istotnie chwilę później z zarośli wyłonił się myśliwy. Skinął tylko głową posłańcowi i wyciągając nóż zaczął patroszyć zabite zwierzę. Może i ta czynność Cię interesowała jednak ty miałeś swoją przesyłkę i swoje zadanie. Ruszyłeś dalej w kierunku swego celu który już widoczny był na horyzoncie.
Altair:
Tak to już jest na tym świecie. Posłaniec nie miał zamiaru zaprzątać sobie teraz głowy rozmyślaniami egzystencjonalnymi. Tak to już bywa i już. Panteon pięknie zarysowywał się na horyzoncie. Altair postanowił, że skoro jest już tak blisko, nie ma co marnować czasu. Z całą siłą wcisnął pięty w boki konia i chlasnął rzemieniem z krzykiem.
- Wio!
Pędził co sił. To, że nie czuł wiatru we włosach, tak jak kiedyś, wcale mu to nie przeszkadzało.
- Prędzej, wierzchowcu! Szybciej, pokaż co potrafisz!.
Mimo pędu, posłaniec czujnie i uważnie obserwował drogę przed sobą. Jeszcze nie był na miejscu. Nie mów hop...
Gordian Morii:
Bogowie Ci jednak sprzyjali. Dojechałeś na dziedziniec świątyni bez żadnych problemów. Jeden ze sług pracujących dla kapłanów podbiegł do Ciebie i złapał konia za wodzę.
-Popilnuję go.- powiedział.
Altair:
- Dziękuję ci, młodzieńcze - rzekł z sympatycznym uśmiechem Altair, niezadowolony z siebie, że nie ma środków, by starym zwyczajem dać monetę chłopcu.
Przedreptał brukowany plac i wszedł do środa. Wilgotne, chłodne powietrze poczuł we wszystkich członkach. Ogromna przestrzeń i słaba wentylacja robiła swoje. Jego oczom ukazał się nagle mężczyzna w długiej szacie.
- Kapłan Ellmora? - Spytał zaciekawiony. Usłyszawszy twierdzącą odpowiedź, rzekł - oto przesyłka od kapitana straży Atusel, Respeva - podał pakunek.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej