Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat
Tajemniczy dziennik
sketch:
Dzień 57
Dnia dzisiejszego nastała moja kolej patrolowania terenów przed obozem. Niestety miała ona trwać od wschodu do południa.
Zaspany szukałem czegoś konkretnego, mijając prawie jednakowe drzewa. Krążąc tak po nieokreślonej drodze, natrafiłem na ukrytą jaskinie. Jak zwykle bez większego zastanowienia zawędrowałem do środka. Wszędzie były ludzkie szczątki. W rogu leżała skórzana sakwa. Poprzedniemu właścicielowi na nic się już zda. Wewnątrz przewracało się kilkadziesiąt bryłek rudy. Było tam także kilka zwojów magicznych. O tak, te przedmioty są trochę warte.
Wychodząc nie sądziłem, że spotkam lokatorów tej groty. Wargi, cholernie trudni przeciwnicy. Niepokoiła mnie piana tocząca się z ich pysków. Ostrożnie sięgnąłem dłonią do sakiewki i wyjąłem pierwszy lepszy zwój. Kula ognia. Tak jak uczyli mnie guru, skumulowałem energię w rękach, po czym rzuciłem gotowy już czar na biegnących napastników. Płomienie dotknęły dwie bestie. Reszta stada widząc to wycofała się.
Po południu odespałem sobie, nie martwiąc się już o nic. Wieczorem jeszcze potrenowałem z Patdem. Potem nie pozostało nic innego jak czekać na kolejny dzień.
CDN
sketch:
Dzień 60
Siedziałem samotnie w celi. W pewnym momencie zostałem ogłuszony przez zamaskowanego człowieka. Pamiętam, że miał on bardzo brudną i zniszczoną szatę. A jego twarz . . . zakryta była długim kapturem, spod którego białe gałki odbijały światło księżyca. Następnie zostałem zrzucony na jakieś pustkowie. Później tylko migawki. Szczyt góry i bestia pilnująca jej. Las, jezioro... W końcu znalazłem się na nieznanym brzegu. Na północ znajdowała się wyspa, na której znajdował się tamten szczyt. Na południe wielka brama, jedyne przejście w głąb tej wyspy... Sen się skończył, a ja spocony wstałem z łoża. Był ranek. Nie mogąc ponownie zapaść w sen, krzątałem się po obozowisku.
Przed południem przybiegł do nas zwiadowca, był troszkę zdenerwowany. Niewyraźnie wykrzyczał, że przez las przejeżdża konwój Starego Obozu. Pośpiesznie zebraliśmy ze sobą broń i popędziliśmy, w miejsce które wskazał nam nasz zwiadowca.
W oddali zauważyłem kilkudziesięciu niewolników ciągnących potężne wozy wypełnione po brzegi najróżniejszymi towarami. Lecz przy nich było raptem pięciu strażników. Patdo idąc z przodu rozglądał się mierząc wszystko dookoła ciekawskim wzrokiem. Dał nam nagle rozkaz do zatrzymania się. W tym samym czasie kontem oka spostrzegłem niewolników gapiących się wprost na nas. Padto wyzwał zwiadowce od plugawych psów, po czym odciął mu łeb jednym szybkim ruchem. To była pułapka. Zza drzew jak i konwojów wyleciała niezliczona liczba strażników i cieni. Reakcja była natychmiastowa, wyjąłem miecz jednak pech sprawił, że niefortunnie upadł mi on na ziemię. Zginając się po niego jakiś cień podbiegł do mnie w celu przebicia mnie swoim toporkiem. Patdo w ostatniej chwili wybił mu go z rąk i oddał cios w brzuch. Ocalił mnie. Wstałem. Machnąłem mu głową w celu podziękowania, gdy krew chlapnęła na moją zbroję. Już myślałem, iż to moja własność jednak to strzała przeszyła na wylot głowę mojego wybawcy! On nie żyje, tak jak cały nasz oddział...
Zostałem tylko ja. Jedynym ratunkiem była ucieczka. Biegłem po prostu przed siebie. Chowając się za jakąś skałą z zamiarem złapania tchu, wyleciała mi sakiewka a z niej mój dziennik. Otworzyła się pewna strona a moją uwagę przykuł fragment, w którym opisywałem miecz z magicznymi właściwościami. Może nie była to najlepsza decyzja ale dawała nadzieje. Ruszyłem w kierunku zapomnianej wieży.
Ogromna ulewa była kolejną przeszkodą w dotarciu do obranego celu. Biegłem jednak przed siebie nie zważając na nią. Biegłem myśląc, że to tylko koszmar, który niedługo skończy się. Niestety nim nie był. Bełt musną moje ramię obalając mnie na ziemie. Miecz leżał dwa metry dalej a strażnicy pędzili rozwścieczeni w moim kierunku. Miałem przy sobie tylko mieszek, z którego wyjąłem zwój. Skumulowana energia zamieniła się w małą błyskawicę, która unieruchomiła moich przeciwników. Jednak nie wszystkich. Chciałem ponownie użyć jakiegoś magicznego zwoju jednak przecież sprzedałem całą zawartość sakwy wczorajszego dnia. Pochwyciłem miecz i biegłem dalej przed siebie.
Wieża, widziałem już ją z daleka. Lecz Beliar widocznie uwziął się na mnie. Potężne wyładowanie bariery cisnęło z całą siłą w miejsce spoczynku broni. Wyładowanie było tak silne, iż oślepiło a także wyrzuciło mnie gdzieś dalej. Cała budowla rozleciała się w drobny mak, choć niektóre większe odłamki latały wokoło. Otworzyłem oczy i ujrzałem siebie całego we krwi. To był najgorszy ból w moim życiu. Strażnicy byli już niedaleko. Podbiegłem ostatkiem sił do obalonego, palącego się drzewa. Wiedziałem dobrze, że wśród płomieni leży miecz i nie zważając na oparzenia sięgnąłem po niego. Jednak broń utraciła magiczne zdolności... a ja padłem na ziemię …
Dzień 61
Moje ręce, ciągle krwawią. Ja sam znajduje się w jakimś lochu. Odzienie, które mam na sobie składa się jedynie z kawałka spodni, a dokładnie tylko z ich górnej części.
Jakiś wiezień przeszukał mnie i skradł mi mój dziennik. Dostałem go z powrotem po krótkiej rozmowie. Spisałem resztkami atramentu wczorajsze wydarzenia.
Od tego samego więźnia dowiedziałem się, że znajdujemy się w podziemnym lochu w Starym Obozie. Sam cholerny Gomez pofatygował się o mój miecz. A mnie czeka stryczek, gdzieś koło placu wymian.
Myślę, że zdołam ocalić najcenniejszą rzecz jaką posiadam... dziennik włożę do starej butelki po winie, którą znalazłem w rogu pomieszczenia. Naczynie wrzucę do rzeki przechodząc przez most w drodze do
http://arcania.gram.pl/forum/viewtopic.php?f=14&t=3316
Nawigacja
Idź do wersji pełnej