Tereny Valfden > Dział Wypraw
W głąb ziemi: 5 ÂŚwiątynia
Elrond Ñoldor:
Elf trzymał srebrna broń w dłoniach, a jak wiedział, była to broń najlepsza na istoty przeklęte i umarłe. W tym samym czasie poczuł że mózg mu pęka, w przenośni pęka. To zjawa skoncentrowała się na nim i wykorzystując ogólne zamieszanie skierowała w kierunku nekromanty swój przerażający wrzask. Elf zatoczył się. Zatkał uszy.
- Ihigi... - jęknął pod nosem i wypuścił piorun kulisty z drżącej dłoni. Nie był to czar największych rozmiarów. W żaden sposób nie mógł zagrozić istnieniu wroga, ale przynajmniej przeszkodził mu w ataku przeprowadzonym na elfie. Ten nagle odzyskał sprawność umysłu i teleportował się tuż za plecy zjawy. Atakujący srebrny kostur stałby się zaledwie jasną smugą w oczach niedowidzącego. Jednak mimo szybkości jaka dysponował elf i umiejętności posługiwania się swoją bronią, Zjawa zdążyła się odwrócić i osłonić się kiściastą ręką, która rozpadła się na kawałki pod wpływem uderzenia. Elf wyprowadził kolejne uderzenie, wykorzystując pęd poprzedniego uderzenia. Nie trafił. Wróg najwyraźniej przewidział atak Elronda i cofnął się do tyłu robiąc unik. Taki manewr ze strony bestii utworzył sporą odległość pomiędzy przeciwnikami. Elf wyciągnął przed siebie kostur i wyskandował zaklęcie celując kosturem w głowę:
- Ah, Aiaq! - Czarna kula ni to płynów, ni to gazów utworzyła się nad kosturem, by w następnej chwili wystrzelić w sam środek czaszki Zjawy. Czar pomknął ku celu trafiając idealnie. Bestia zaczęła wrzeszczeć i szamotać, gdy czar pożerał jej materialną powłokę. Niszcząc byt w którym mogła egzystować w tym świecie. Po paru sekundach z przeciwnika pozostało parę kości i szmaty...
(walka kosturem V - atak obustronny, teleportacja, piorun kulisty, tchnienie śmierci)
5/10 mumie
4/12 szkielety
5/8 zjaw
Elrond Ñoldor:
- E! Domenic! Widzisz ty tam co z przodu? - zapytał się elf krasnoluda.
Hagnar Wildschwein:
Schody, mrok, kryształ, kurz, schody, mrok, kryształ, kurz... powtarzało się przed oczami krasnoluda na okrągło. Usłyszawszy pytanie przyszła akurat kolej na mrok w tej odwiecznej wyliczance. Domenic zdecydował się odpowiedzieć, jakże treściwie i twardo:
-Nie-[/b]
Elrond Ñoldor:
- Aha - odpowiedział wchodząc w ciemność. Zastanawiało go jak długie jest te zejście w duł i skąd, do cholery, jest tu tlen, skoro zeszli już tak naprawdę głęboko...
Gunses:
Elrond najwyraźniej zapomniał, że podziemnych poziomów jest bez liku. Są wielkie, rozpięta na setki kilometrów, wypełnione są świeżym powietrzem, poprzez szereg małych otworków między kamieniami wyprowadzanymi na zewnątrz. Cóż taki los…
Schody kończyły się w kolejnym korytarzu. Gunsesa martwiło to, ze nie byli w żadnym z pomieszczeń, wszak wiedział, że na każdym piętrze jest masa sal i komnat. Wszakże jak mówił sam król Isentor, w podziemiach Valfden mieści się wielka metropolia. To dlatego właśnie tu osiedliły się Wampiry. Katakumby Valfdenu, dawniej Numenoru tworzyły podziemne miasto. Władca Wampirów wyobrażał sobie te piękne dracońskie pomieszczenia. Wiedział, że są tusz tusz, jednak marsz nie pozwalał mu na szukanie ich. Gunses musiał znaleźć coś o wiele cenniejszego. Największą i najważniejszą komnatę tych katakumb za panowania Wampirów. Potężną salę o nazwie Piąta ÂŚwiątynia. Nie było możliwości się zatrzymać.
Korytarz w którym się znaleźli nie miał już typowo grobowej formy. Był to wypełniony szeregiem kolumn i posągów, zwieńczony łukami tunel. Piękne fasady, styl budownictwa wprowadzał w zachwyt. Posągi przedstawiające przedstawicieli wszelkich znanych nam ras zostali tu zaprezentowani. Byli również tacy, których utożsamialiśmy bardziej z bestiami. Wysokie i smukłe kobiety ze skrzydłami i potężnymi kuszami w dłoniach. Niskie, krępe i długonose karzełki z młotami w swych szponiastych palcach. I było także wiele innych posągów, których wygląd nie przypominał żadnej ze znanych nam nacji. Na posągach, w miejscy piersi, gdzie na zbrojach widnieje herb a na szyi wiszą medaliony ulokowane był mocno świecące kryształy w wielu dobranych do siebie kolorach. Poraz pierwszy od opuszczenia miasta i zejścia do kanałów zauważyliśmy kolory. Miłe, pogodne kolory rzucane przez kryształy. Gdy wszyscy zeszliśmy i kroczyliśmy już korytarzem ukazało się boczne wejście. Kształtem były to zwykłe wykute w skale przejście w łukiem górującym nad nim. Było jednak misternie wykonane a dookoła niego unosiły się piękne płaskorzeźby. Nie zwracając na nie uwagi wkroczyliśmy do sali. Pomieszczenie mimo wielu tysięcy lat nie zatraciło swego uroku. Był tam przeogromny komin, kiedyś wypełniony wesołym ogniem, dziś kolejny z otworów wentylacyjnych. Były tu ławy, stoły, wielkie szafy. Komoda i potężny, masywny regał na książki. Przedmioty te wykonane z bardzo szlachetnego i drogiego drewna nie do końca przetrwały krocie wieków. Niektóre popękały, inne zapadły się skrzywiły. Jednak urok tego miejsca pozostał. Pozostały zakurzone fiolki alchemiczne i stoły runiczne. Można było tylko fantazjować… Szelest między półkami zwrócił naszą uwagę. Nie mogliśmy jednak na tym się zastanawiać, gdyż nagle wszystkie ściany zaczęły się zsuwać. Wejście wniknęło w ścianę z my zostaliśmy wewnątrz. Sufit opuszczał się w dół, ściany zmierzały ku sobie, rozkruszając kawałki desek, chcąc nas pogrzebać żywcem. Jedyne możliwe wyjście, ratunek przed zgnieceniem – komin również rozpłynął się w powietrzu. ÂŚciany były o kilka kroków od nas. Tylko Elrond, najlepiej wykształcony Mag, jeszcze lepiej – Nekromanta miał dziwne przebłyski. To zauważał zbliżające się ściany, to swą pierwotną komnatę, swą przerażoną i krzyczącą drużynę oraz jakiś ruch między półkami.
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej