ja wspominam te 3 lata jako starosta to codzienne odwiedziny w dziekanacie bo komuś coś się nie zgadza ktoś coś czegoś nie wie, 2-3 razy w tygodniu spotkania z rektorem o miejscach w komisjach stypendialnych, odwoławczych i innych tym podobnych duperelach czyli tzw. małej aktywności studentów z rocznika w życiu uczelni i raz na dwa tygodnie stękanie dziekana o złych wynikach w nauce grupy... z dziekanem się nie dało rozmawiać, z rektorem owszem, miał bogaty barek, a w dziekanacie było dużo emocji, krzyków i tym podobnych.