Tereny Valfden > Dział Wypraw
Na Igrzyska
Isentor:
- A jakże mam cię witać? Jak wita się ludobójce i zbrodniarza wojennego? Pleciesz bzdety oboje dobrze wiemy, że masz na nich większy wpływ niż sami są tego świadomi. Wojna z Valfden doprowadzi oba kraje do ruiny. Nie mamy zamiaru polec, a wraz z naszymi sojusznikami stanowimy trudnych przeciwników.
Król zbliżył się do Meaneba przez cały ten czas wpatrując się w jego oczy.
Canis:
Canis zmienił swoją leżącą pozycję na siedzącą i z zainteresowaniem przyglądał się rozmowie Meaneba i IsentoR'a.
- Może wyjaśnisz nam wszystkim dokładnie dlaczego Meanebie? Każdy z nas ma inne pojęcie o tym, może nas wszystkich uświadomisz czemu? - zapytał Canis Meaneba. - Chętnie bym się dowiedział co nasz król, jednocześnie ten, który uczynił ze mnie Nekromantę, uczynił Tobie takiego, to co słyszałem nie zaspokoiło mojej ciekawości...
momo:
Momo wziął butelkę miejscowej gorzałki, po czym usadowił się w jednej z wyplatanych z wikliny sof, stojącej przy brzegu tarasu. Z lekkim uśmiechem przysłuchiwał się licytacji kompanów, nęconych myślom o łatwym zarobku, przy okazji podziwiając wielkość i piękno nieznanej mu dotąd kultury. Przystawił butelkę do ust i pociągnął kilka zdrowych łyków. Trunek okazał się niemal równie wspaniały, co krzątające się po tarasie dziewki o ciemnej karnacji, za którymi mimowolnie wodził co chwilę wzrokiem.
Nagle uwagę elfa przyciągnęła arena, z której dobiegł dźwięk upadającego na ziemię miecza, poprzedzony głośnym szczękiem zderzających się ze sobą ostrzy. Jeden z przepasanych żółtą opaską gladiatorów, pozbawiony broni, zgrabnym ruchem uniknął mknącego w jego stronę ostrza, po czym wyprowadził cios pięścią, odrzucając swego przeciwnika do tyłu. Szybko sięgnął po swoją broń, jednak nim zdążył jej dobyć otrzymał potężny cios w głowę. Walka skończyła się.
Momo miło spędzał czas, nie myśląc nawet o celu tego wyjazdu, kiedy nagle na tarasie pojawiło się kilku dziwnie odzianych ludzi. Jeden z nich rozpoczął rozmowę z królem. Elf nie musiał przyglądać mu się zbyt długo, by zorientować się, że jest to sam Maneb. Zaczął przysłuchiwać się ich rozmowie.
Meaneb:
- Jak? Może mistrzu? Ojcze?
Pieprzysz synku. Dobrze wiesz, że moja potęga jest nieograniczona. A moje armie nie do pokonania. Obecnie niszczę resztki oporu w Myrtanie, twoim domu z dzieciństwa. Tamtejsi wielcy magowie pochowali się niczym tchórze. Mam nadzieję, że wy nie sprawicie mi tego zawodu i dacie się zabić na otwartej przestrzeni.
Meaneb przeszedł obok Isentora lekko szturchając go ramieniem jakby chciał sprowokować bójkę. Podszedł do stołu i nalał sobie wina do srebrnego kielicha.
- Gdybyś nie zauważył rozmawiam teraz z twoim królem.
Gunses:
Gunses na pojawienie się Meaneba zareagował spokojnie. Powoli podał służącym pusty już puchar, oraz tacę z owocami. Druga z dziewczyn podała mu misę z wodą oraz czystą tkaninę. Gunses obmył twarz i ręce a następnie osuszył je tkaniną. Wampir wstał majestatycznie ze sofy i wolnym krokiem, wyprostowany podszedł do rozmawiających. Staną w niedalekiej odległości za Królem...
Nawigacja
[#] Następna strona
Idź do wersji pełnej