Forum dyskusyjne > Dyskusje na każdy temat

Samotny ÂŁowca

(1/3) > >>

Boba Fett:
Oto moje pierwsze takie poważne dzieło, które zacząłem pisać jakieś ponad półtora roku temu (będą już z dwa lata...). Jako, że pierwsza edycja wyszła trochę noob'owsko, zacząłem ją pisać od nowa.
Na życzenie Triveta będę dawał tylko po jednym rozdziale.
Na końcu mi powiecie (na razie są tylko 3 rozdziały), czy opłaca się pisać 4 rozdział. Kiedyś go zacząłem, ale format zrobił swoje...  
Pierwszy rozdział jest trochę krótki i słaby, ale jak zawsze życzę miłej lektury.  


                         Samotny ÂŁowca


Prolog

Płynę właśnie na statku, który zmierza do wyspy zwanej Khorinis. Okręt przewozi w zasadzie tylko skazańców, którzy będą wydobywać magiczną rudę w Górniczej Dolinie. Prócz nich i marynarzy na pokładzie jest też kilka innych osób, w tym ja sam. Po co płynę na tą przeklętą wyspę? Słyszałem, że królestwo Myrthany jest oblegane przez Orków i zapewne niedługo przegra. Jedyne miejsce, prócz kontynentu, to Khorinis i Ertiros, z której właśnie płynę. Tam nie zostało już nic, co by mnie mogło zatrzymać. Mówi się, że robota dla Samotnego ÂŁowcy znajdzie się wszędzie, ale to nieprawda. Sam nim jestem i wiem dobrze, kiedy dać za wygraną. Straciłem w zasadzie wszystko, a zyskuję tylko pieniądze... no może jeszcze szacunek wielu ludzi, ale to jest nic dla mnie nie warte. Tylko twarda gotówka może do mnie przemówić. Oczywiście jak każdy Samotny łowca i ja mam swoje zasady i honor. Jedną z tych zasad jest zakaz zabicia drugiego ÂŁowcy, chyba, że w obronie własnej. W tych czasach prawie nikt już tego nie przestrzega, robią wszystko, by wyeliminować konkurencję. Ja także nie jestem bez winy. To, co się stało na Ertiros przesądziło o moim losie dostatecznie. Każdy dobry Samotny ÂŁowca powinien analizować swoje błędy. I ja tak zrobię, dlatego płynę na Khorinis. Podczas naszej podróży jednak zajmę się czym innym. Nazywam się Drak i zaraz wyjawię ci moją historię...

Rozdział 1

Tej nocy, jak każdej innej, cała rodzina siadała do stołu, by spożyć kolację. Nie byle jaką, ponieważ Math, ojciec dziesięcioletniego Draka, samodzielnie zdobywał pożywienie. Przeważnie było to mięso ścierwojada, kretoszczura (to mniej smakowało, ale niekiedy tylko to było do jedzenia), wilka i kąsacza. Raz nawet Math upolował cieniostwora. Wtedy to urządzili wykwintny posiłek. Nawet dali chłopcu napić się piwa, które w swojej bimbrowni robił kuzyn matki, wujek Notorn. Ojciec Draka był dobrym myśliwym, ale nie wspaniałym. Brakowało mu treningu pod okiem kogoś z miasta. Nie bywali często w miejscowości, ponieważ było do niej około sześć mil. Ostatni raz wybrali się tam jakieś trzy tygodnie temu, by kupić ubrania dla młodzieńca. A rósł on jak na swój wiek dosyć szybko. W przyszłości chciał zostać jak ojciec myśliwym i być postrachem cieniostworów i bandytów, którzy na tej wyspie szerzyli spustoszenie. Jak na razie, rodzina Draka nie miała z nimi kłopotów. ÂŻyli sobie spokojnie z dnia na dzień. Chłopcu przeszło nawet przez myśl, że ów zbrodniarze boją się jego ojca i dlatego tu nie przychodzą.
Ronda, matka dziesięciolatka, podawała właśnie na każdy z trzech talerzy duży kawał soczystego, pieczonego mięsa z kawałkiem sera i chleba. Po chwili do kubka męża nalała piwa, a do swojego i syna mleka. Spojrzała i uśmiechnęła się do Draka po czym spoczęła na swoim miejscu. Gdy już kolacja była w połowie zjedzona, zagadała do Matha.
- Jak tam poszło dzisiejsze polowanie?
- Jest coraz trudniej. Ta grupa przeklętych zębaczy ciągle zabija stada ścierwojadów. Niedługo zostaną same kretoszczury - odpowiedział.
- A jeśli i ich zabraknie? - pytała dalej. Drak jak na razie ciągle siedział cicho i przysłuchiwał się rozmowie. - Czy nie będziemy musieli wybrać się do miasta, by zakupić żywność?
- Nie wiem. Dla mnie najważniejsi jesteście wy, i jeśli bym musiał, to i na cieniostwory zapoluję.
- Ale czy to nie za niebezpieczne? Zawsze mogę pójść do jakiejś pracy...
- Nie, nie chcę, by coś się w tym domu zmieniało. - powiedział stanowczo. - Na razie nie musimy się martwić na zapas.
- Zgadzam się z tobą, tato. - rzekł znienacka milczący chłopiec.
- Moja krew - uśmiechnął się Math. - Kiedy jeszcze trochę podrośniesz, to pójdziemy razem na polowanie i... - przerwał nagle w pół zdaniu. - Czujecie ten swąd?
Zerwał się nagle z krzesła i wybiegł z domu. Już po niecałych dziesięciu sekundach wrócił, zamknął z trzaskiem drzwi i się na nich oparł.
- Cholerne szczury! Wiedziałem, że wreszcie nas zaatakują! Nie mam z nimi szans, jest ich za dużo. Musimy uciekać. - jego poważny wyraz twarzy mówił, że jest naprawdę źle. - Drak, pójdź po mój łuk i strzały, mogą się przydać. Migiem!
Młodzieniec bez zadawania pytań wbiegł po schodach na wyższe piętro. Zauważył, że jest coraz więcej dymu, najwyraźniej bandyci musieli zapalić dach płonącymi pociskami. Na górze skręcił w lewo i otworzył pierwsze drzwi, jakie przed nim były, po czym porwał łuk ojca, który leżał obok szafy. W rogu ujrzał kilkanaście strzał. Bez wahania wziął je.Jak najszybciej mógł, zbiegł na dół. Akurat znalazł się na ostatnim schodku w momencie, gdy płonący sufit, który podtrzymywał jego pokój zwalił się na Matha. Wydarł z siebie niewyobrażalny wrzask. W jego oczach zaczęły pojawiać się łzy. Chciał podbiec do ojca i pomóc mu wydobyć się spod belek, ale to nie miało sensu. Całe palące się drewno zakryło mężczyznę, który już na pewno nie żył. Zauważył, że nigdzie nie ma Rondy. Ledwo się przemagając, Drak pobiegł do kuchni. W kuchennym okienku ujrzał zbliżającego się człowieka. Przed sobą trzymał miecz... Umysł dziesięciolatka powiedział mu od razu, by uciec czym prędzej, póki jeszcze może. Myślał, jak ojciec chciał się wydostać z domu... spojrzał w lewo. W miejscu, gdzie powinno być okno, były tylko jego szczątki, jakby zostało wybite. To była jego szansa. Nie mógł dłużej zostać w budynku, ponieważ dym coraz bardziej drażnił jego płuca. Podbiegł do otworu i zaczął przechodzić. Sprawiło mu to niemałe problemy, ale gdy już wyszedł, ujrzał przywiązaną do drzewa jego matkę. Patrzyła na niego smutnymi oczami. Nagle w jej serce wbiła się płonąca strzała. Drak nie potrafił powstrzymać łez, które niedawno przestały lecieć po stracie ojca. Rzucił na Rondę ostatnie spojrzenie i pobiegł w ciemny las, mając nadzieję, że nie ma tam kolejnych bandytów.

Następnego poranka szedł polną drogą. Nie wiedział, gdzie zmierza, ale chciał znaleźć jakąś osadę lub dom, by móc coś zjeść. W prawdzie miał łuk i strzały przy sobie, ale na niewielu mu się zdadzą, jeśli nie umie się posługiwać tą bronią. Przeszedł tak kilometr, aż ujrzał przed sobą oddział składający się z dwudziestu pięciu rycerzy. Nosili na sobie srebrne pancerze. Drak pierwszy raz widział tak odzianych ludzi. Podbiegł do pierwszego, pragnąc pójść z nimi, gdziekolwiek zmierzali.
- Zejdź nam z drogi, dzieciaku! - krzyknął Paladyn.
- Ale... proszę...
- Idziemy w bój - powiedział bez zatrzymywania się. - Dlatego nie podążaj za nami. ÂŚcieżka, którą szliśmy prowadzi do miasta... około ośmiu mil masz do przejścia.
- Dziękuję... - rzekł cicho chłopiec i ruszył dalej.
Po stracie obojga rodziców uważał, że gorzej być nie może. Głód mu doskwierał a osady nie było widać jeszcze długo. Powstrzymał płacz i maszerował bez wytchnienia. Po trzech godzinach podróży znów ujrzał grupę mężczyzn. Zmusił się do biegu. Tamci nie zauważyli go dopóty, dopóki nie był już przy nich. Pierwszy z brzegu wyjął miecz i walnął jego rączką w głowę Draka. W oczach chłopca zaległa ciemność...


Będę wdzięczny za komentarze.  

Khaleb:
Widze, ze te poltora roku nie poszlo na marne.Zachowana skladnia i nie powtarzajace sie wyrazy daja Twojej pracy wysoki poziom.Jesli chodzi o fabule, jest przyzwoita ale opowiadanie glownego bohatera o gatunkach zwierzat z ktorych zbiera mieso dla swojej rodziny jest troche dziwne(jak dla mnie zbedne, bo kogo interesuje czy mieso smakuje czy nie:)).Podsumowujac praca jest dobra i po przeczytaniu jej nie czulem znudzenia, ani poczucia tego ze  byla banalna.Pozdrawiam

Trivet:

--- Cytuj ---Na życzenie Triveta będę dawał tylko jednym rozdziale.
--- Koniec cytatu ---
Ciesze się, że zastosowałeś się do moich rad.   Daje to lepszy pogląd na opo i sprawia, że więcej userów zmusi się do czytania(miejmy nadzieje).

Na początek o fabule. Wieczne powtarzania świata Myrtany w opowiadaniach troche mnie irytuje, ale przynajmniej jesteś oryginalny i wprowadzasz własne miejsca i postacie. Szczerze mówiąc po dobrnięciu do końca tekstu stwierdziłem, że historia, którą przedstawiłeś jest dobra. Troche jednak szkoda, iż rodzina Draka ginie zanim zdażymy ich dokładniej poznać. Sporo dokładnych opisów wzbogacają jednak fabułe. O tym jak poprowadzisz losy dziesięciolatka przekonam się w przyszłoci. Jeśli chodzi o stylistyke utworu jest bardzo dobrze. Cięzko dostrzec jakieś błędy. Widać, że nad tym pracowałeś.

Tak, więc ocena dla prologu(swoją drogą dość klimatycznie wprowadzał w treść opowiadania) i rozdziału 1 wynosi: 9/10. Licze na kolejne części.

BTW. Tak wysoka ocena może jest uwarunkowana tym, że wprost uwielbiam w Gothicu być myśliwym.  

Boba Fett:
Jestem wam wdzięczny za komentarze. Byłem 99% przekonany, że tak zjedziecie 1 rozdział, a to, że krótki, mało opisów, itp., ale zdziwiłem się... Jeszcze raz dziękuję za oceny i zachęcam do kolejnego rozdziału.


Rozdział 2

Minęło około trzech lat. Długie trzy lata w niewoli. Ludzie, u których Drak miał nadzieję znaleźć pomoc, bezkarnie ogłuszyli go na kilka godzin, wywieźli niewiadomo gdzie i... uczyli. Byli to bandyci. Chłopak nie pomyślał nawet o tym, że mogli to być ci sami, którzy zamordowali jego rodziców i spalili dom. Bał się. Był tutaj bezbronny, nic nie umiejący... samotny. Przez ten długi okres czasu dużo się wydarzyło. Młodzieniec poznał wiele ciekawych rzeczy, między innymi jaki pożytek jest z kradzieży i włamań. Otóż ów bandyci tylko po to jeszcze zachowali go przy życiu. Karmili, uczyli, karcili itd. Drak żałował, że spotkało go takie nieszczęście. Po nocach niekiedy płakał rozmyślając o Rondzie i Math’cie. Prócz smutku w jego głowie kołowały się jeszcze myśli o planie ucieczki. Oczywiście odpuścił sobie za nim jakikolwiek wypróbował. Po prostu nie miało to sensu. Nic nie miało sensu. Jedyne co mógł, to czekać. Ile? Następne trzy lata, więcej? Naprawdę wiele się wydarzyło. Teraz na jego prawym policzku widniała blizna, którą kiedyś jakiś mężczyzna zrobił mu sztyletem. Szedł sobie spokojnie, gdy wnet ten człowiek bez ostrzeżenia zadał szybkie cięcie i uciekł. Potem dostał baty za to, że podsłuchiwał rozmowę przywódcy, którym był niejaki Gomez. Miał on około osiemnastu lat i bujną brunatną czuprynę. Pełnoletność osiągnął rok temu, więc niewielu chciało go na swojego wodza. Ale on miał swoje sposoby. Drak nie dowiedział się, jakim sposobem ten osiemnastolatek dopiął się przywództwa w tej grupie bandytów, ale domyślał się, że nikt nie powinien z nim zaczynać. Reszty imion bandytów nie poznał już nigdy, prócz dwóch...
- Jesteś zamknięty w sobie, co smarku? – zapytał chłopak niewiele starszy od Draka.
Szakal, bowiem tak się nazwał, był masywnie zbudowany. Wprost palił się do walki wręcz lub pojedynków na miecze. Jego ciemne włosy i chytre oczy świadczyły o tym, że lubi mieć ludzi w garści. Prócz niego i Draka, w obozie było jeszcze dwoje dzieci, które Szakal już omamił.
- Mówię do ciebie – znów dało się usłyszeć głos. – Nie podobasz mi się, a to bardzo źle. Radzę ci uważać na twą zgrabną buźkę, bowiem drugi policzek będzie bardziej zmasakrowany – powiedziawszy to, odszedł ze śmiechem w ustach.
Tak wyglądało tutaj życie Draka. Ciągłe popychanki przez innych ludzi i ich rozkazy. Miał tego serdecznie dosyć. Ale co mógł zrobić? Kompletnie nic. Dalej uczył się kraść coraz lepiej i otwierać zamki. Mówiono mu, że kiedyś będzie dobrym złodziejem. Ale czy tego właśnie chciał? Czy nie może sam dokonać wyboru kim zostanie? Odpowiedzi na te pytania miały się niebawem ukazać...

Dzień, jak dzień. Nic się nie zmieniało od trzech lat. I tym razem Drak o poranku wstawił się u człowieka zwanego Maykel, który uczył młodzieńca złodziejskiego fachu. Wszedł do namiotu i zanim usiadł, do środka wpadł z półobrotu mężczyzna ze strzałą w lewym boku. Maykel zerwał się, wybiegł ze środka i zniknął gdzieś w tłumie zaskoczonych ludzi. Trzynastolatek także wyszedł i się rozejrzał. Nic. Wnet kilkanaście ostrych kołków pojawiło się znikąd i trafiło w oszołomionych mężczyzn. Ośmiu padło od razu. Draka ogarnęło przerażenie. Znów śmierć, znowu zabijanie. Pobiegł za wielki namiot wodza. W biegu prawie nie dostał strzałą, która nadleciała z niewiadomo której strony. Coraz bardziej się denerwował. Stanął jak drewniany słup, gdy przed nim wyrosło czterech mężczyzn. Trójka najwyraźniej atakowała tego ostatniego w środku. Tamten nawet nie okazywał krzty strachu ani paniki. Miał przed sobą wyciągnięty miecz i czekał na atak. Pierwszy z bandytów ruszył, mając nadzieję przebić ofiarę na wylot. Osaczony bez trudu odchylił się i uciął jednym ciosem obie ręce, które ciągle trzymały broń przed sobą po nieudanym natarciu. Poszkodowany zsunął się na kolana, podniósł kikuty rąk na wysokość klatki piersiowej i patrząc na nie wrzeszczał z bólu wniebogłosy. Wojownik, który teraz wydawał się naprawdę doświadczonym, nie zwracał na niego uwagi i zaczął dziwnie ruszać rękami. Wnet poleciał ogromny ognisty pocisk w drugiego bandytę, który zajął w szybkim tempie całego człowieka. Trzeci z pozostałych był przygotowany. Gdy od niedoszłej ofiary zapadł cios, on go odruchowo obronił. Walczyli, jakby sobie wszystko wcześniej ustalili. Jednak bandyta nie zauważył jednego faktu. On walczył bronią dwuręczną a wojownik jedno. Gdy oba miecze się ze sobą zetknęły i zostały w bezruchu, ostatni z żywych poczuł przeszywający ból w okolicach żołądka, gdzie musiało zostać wbite małe ostrze. Powoli jego uścisk na rączce zelżał, co było jego ostatnim błędem. Wojownik od razu skorzystał z okazji i przeważył siłą miecz, co skończyło się obcięciem nadgarstka, po czym jednym obrotem przystawił broń zdziwionemu Drakowi do szyi. Młodzieniec był zaskoczony. Mężczyzna popatrzył przez dwie sekundy na jego twarz i rzekł sam do siebie:
- A więc Edric miał rację...
- Kim jesteś? – zadał od razu pytanie trzynastolatek.
- Pytania zostaw na później, chłopcze. Teraz musimy się stąd zbierać. Zabierzemy jeszcze tego ich niby przywódcę, podobno wyznaczyli za niego wysoką nagrodę...
- Ale...
- Mówię: Nie zadawaj pytań. Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie.
Wojownik złapał nieprzytomnego Gomeza za kołnierz i ruszył w stronę ciemnego lasu. Drak, nie zastanawiając się, podążył za nim widząc w tym swoją jedyną szansę ucieczki.

Szli przez głuchy, przyprawiający o dreszcze las, tak, jakby dopiero co byli na pikniku. Nie odzywali się. Marsz trwał około półtora godziny, aż nieprzytomny człowiek otworzył oczy i zaczął się wyrywać.
- Puść mnie!
- Jak sobie życzysz. – powiedział drugi mężczyzna, który szybko się odwrócił, pchnął tamtego na ziemię i wyciągnął miecz.
- Kim jesteś?! – wykrzyczał leżący.
- Wystarczy, że powiem, że Samotnym ÂŁowcą...
- Hah, to wy, plugawe bestie, jeszcze istniejecie? Ostatnia wasza gildia rozpadła się... nawet nie pamiętam kiedy. – powiedział z uśmieszkiem.
- Jednak to nie zwalnia mnie z mojego zawodu, pokrako. Tak Ci jest do śmiechu? Zobaczymy, co powiesz w mieście. – rzekł wojownik drwiącym głosem. – Wstawaj, nie ma czasu.
Więzień posłusznie wstał i czekał. Samotny ÂŁowca podszedł już do niego ze sznurem liny, gdy tamten nagle chciał zadać cios pięścią. Sytuacja ta trwała niespełna cztery sekundy. Po chwili skazaniec leżał już na brzuchu ze złamaną szczęką i czekał na związanie.
- Następnym razem chrupnie ci coś innego.
Dalsza droga odbyła się bez przeszkód, pominąć fakt, że trzeba było rozprawić się z kilkoma ścierwojadami, których nie dało się wyminąć. Doszli do obozu po środku malutkiej polanki.
- Wrócę za dwie godziny, chłopcze. Nie ruszaj się stąd, jeśli ci życie miłe.
Drak gotował się już do zadania pytania, lecz wojownik go uprzedził:
- Idę do miasta. Muszę się pozbyć tego worka łajna i zgarnąć niemałą sumkę pieniędzy, która powinna wystarczyć, byś wyglądał porządnie.
Samotny ÂŁowca po cichu odszedł, trzymając mocno jeden koniec sznura, gdy drugi oplatał ręce więźnia. Młodzieniec podążył do wygaszonego ogniska i usiadł. Zastanawiał się, czy nie uciec, lub czy nie śledzić tamtych dwoje aż do miasta, a tam zgłosić cały incydent straży.
Wstał i ruszył w stronę namiotu. W środku było skromnie. Po prawej stronie leżał kawałek materiału, który miał być łóżkiem, a po lewej stronie stała drewniana skrzynka.
Gdy trzynastolatek spróbował ją otworzyć, przekonał się, że próbował nadaremno, ponieważ była dobrze zamknięta na klucz. Jakby miał chociaż jeden wytrych, mógłby wypróbować swoje umiejętności nabyte w obozie bandytów na jakiejś innej skrzynce, niż ta, która była w namiocie Maykela. Po kolejnych dwóch próbach otwarcia kufra, położył się na płachcie i myślał dopóty, dopóki nie zasnął.
- Widzę, że już zwiedziłeś mój namiot – ktoś z nad nim zawołał specjalnie wyższym głosem. – Wstawaj, mamy trochę spraw do obgadania.
Drak posłusznie wstał. Zobaczył, że wojownik, który go tu przyprowadził, wyszedł na zewnątrz, usiadł przy kamiennym kręgu i zaczął w nim rozpalać ogień. Chłopak podszedł do niego i także przysiadł po czym rzucił pierwsze pytanie:
- Kto miał rację?
- Słucham? – ÂŁowca wydawał się zdziwiony.
- Mówiłeś, że jakiś Edric miał rację.
- Hmm... może kiedyś Ci to wytłumaczę. Na razie to ja muszę zapytać o coś ciebie.
Młodzieniec czekał.
- Wiesz czym zajmują się Samotni ÂŁowcy?
- Nie za bardzo... pierwszy raz słyszę taką nazwę... – rzekł niepewnie.
- Widzę, że czeka mnie wiele roboty. Słuchaj, bo nie będę powtarzał. Robię się za stary na te cyrki, szukam kogoś, kogo mógłbym nauczyć wszystkiego, co umiem. Zamierzam edukować ciebie jak przeżyć i być najlepszym. Samotni ÂŁowcy to płatni mordercy, ÂŁowcy Nagród, wykonują brudną robotę za pieniądze. Ten zawód jest jak każdy inny, tylko, że ludzie nie przepadają za nami. Szczególnie od upadku ostatniej naszej gildii... wtedy ÂŁowcy stali się bardziej bezwzględni i bez honoru. Moje pytanie brzmi: czy chcesz podjąć się tego wyzwania i uczyć się pod moim okiem?
- Ja mam być Samotnym ÂŁowcą? – zapytał niepewnie.
- Kradzieży i tego typu rzeczy nauczyłeś się już chyba, więc moje zadanie polega na dokończeniu twej edukacji. Jeśli się zgodzisz, musisz mnie słuchać we wszystkim i zgadzać się na wszystko. Tylko w ten sposób zrobię z ciebie „nieśmiertelnego” człowieka.
- Nie wiem, co o tym myśleć. Muszę się zastanowić...
- Dobrze, mogę poczekać.
Drak wstał i zaczął się oddalać w stronę pobliskiego pagórka z zamiarem przemyślenia tam wszystkiego.
- Jeśli twoja odpowiedź będzie brzmiała „tak”, to dzisiaj w nocy prześpisz się pod gwiazdami, w końcu to pierwszy krok twojej długiej nauki.
Drak usiadł i się zastanawiał. Jego myślom nie było końca. To, co zobaczył podczas walki Samotnego ÂŁowcy z trójką bandytów, wprawiło go w oszołomienie i wzbudziło zachwyt. Trzy lata temu chciał zostać myśliwym, a teraz ma szansę zostać wojownikiem, jak straż miejska czy Paladyni. Zamierzał tu przemyśleć swoje całe  życie i podjąć słuszną decyzję...


 

Ciern:
Ja tradycyjnie będe oceniał w - i +. A więc:
-:
1.NIE MA!!!!!
+:
1.ÂŚwietna fabuła
2.ÂŚwietna akcja
3.BAAArdzo bogate słownictwo literackie
4.Super pomysł połączenia opowiadania z Gothickiem
5.I cała reszta
    Moja ocena to bezwzględne 5, po prostu świetne opowiadanie.

Nawigacja

[0] Indeks wiadomości

[#] Następna strona

Sitemap 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 
Idź do wersji pełnej