Wrócił brodząc w śniegu i przyświecając sobie pochodnią. Kiedy za horyzontem zniknęły płonące magazyny, przestał się odwracać. W końcu dotarli do wioski.
-Wypijcie też moje zdrowie.
Rzucił na pożegnanie miłej kompani, z którą zrobili porządek. Cóż, lepiej mieć pod nosem jedną zaprzyjaźnioną bandę niż kilka neutralnych lub, co gorsza, wrogich. Zgasił pochodnię, gdyż w Chmielowie było w miarę jasno. ÂŹródła światła bijące z domów pozwalały mu na odnalezienie drogi do sołtysa. Stanął przed drzwiami jego domu i zapukał. Nie robił tego głośno. Nie chciał budzić mu żony, czy kto tam jeszcze z nim mieszka.