- Chodźmy więc, niedaleko mam wóz. Pojedziemy do miasta - powiedział Druid. Poszli. Pomogli obolałemu wilkołakowi położyć się na świeżym sianie. Druid, który się wyspał, usiadł na koźle i cmoknął na konie. Trawa na wozie na której siedziałaś pachniała żywo łąką. Kojąco położyłaś się na niej i zasnęłaś. Przyśniło Ci się dziwne drzewo. Miało jakoby nogi, konary niczym łapy, a tuż nad liściastymi gałęziami coś jakoby twarz. Spojrzało na Ciebie. Wielką łapą wskazało na ziemię, na wyryte nań symbole. Metal, drewno, kamień, lód. Drzewo spojrzało na Ciebie, w Twojej głowie usłyszałaś głos
- Wyciągną go i broń z niego stworzą. Wytną w pień lasy, świat ten zubożą. Uderzą o niego, zniszczą go, skruszą i w ciemnej toni wnet się poduszą. Trafi się jednak jeden, bo jak świat światem długi, zawsze przyjść musi koniec, czas wezwać swe sługi. Zeszli z mych konarów i drzewa wycięli, lecz co jest ich życie?, trup się na trupie ścieli. I nowe nad ich ciała wybuja się drzewa, a las nad ich grobami konaniączkę zaśpiewa. Bo Pani nasza waży każdemu po trochu, lecz niewdzięcznika nie szkoda jej ni ciała ni prochu - rzekł i spojrzał na Ciebie pytająco
- O czym mówiłem?