Gdyby nie wóz powożony przez krasnoludy Yarpena, mogliby jechać zdecydowanie szybciej. Od miejsca, w którym spędzili sporą część wieczoru, powinni się teraz oddalić jak najdalej. Nie należy ściągać na siebie zbytniej uwagi, robić wiele hałasu, pozostawać długo na miejscu zbrodni. Cokolwiek tam się nie stało, ktokolwiek kogo nie zaatakował, była to po prostu zbrodnia. Ludzie ginęli, lała się jucha, śmierdziały ciała, każdy ciął, wrzeszczał, rąbał, pluł, atakował i zabijał jak tylko najlepiej potrafił. Lepiej potrafili kompani Aragorna, jako i on sam - miał do tego talent, to mu trzeba przyznać.
A teraz jechali sobie w miarę spokojnie środkiem leśnego traktu. Coś jednak wisiało w powietrzu, jakieś nienazwane napięcie, niczym niewypowiedziane słowo, które każdemu z osobna i wszystkim naraz kazało być czujnym. Funeris siedział na Tekli, którą w miarę szybko odnalazł po walce. Daleko nie uciekła, a w dodatku robiła to w stronę portu. Najzwyczajniej w świecie stała sobie przy jakimś rozerwanym worku z paszą i podgryzała leniwie, gdy kawałek dalej ginęli ludzie.
Las był spokojny. Konie chrapały i dyszały, też już przemęczone; jeźdźcy zgrzytali rynsztunkiem, klęli pod nosami, co niektórzy nerwowo się rozglądali; drzewa szumiały na wietrze, sowy pohukiwały, gdzieś w oddali wyło jakieś zwierzę, raczej nie wilk. Teoretycznie nie działo się nic nadzwyczajnego. Nitj'sefni, Nocny Wędrowiec - takie by mu miano nadano w pewnej części świata. On się jednak zwał Poetą Pogrzebowym. Od przybycia do Valfden widział niewiele śmierci, ale jego imię zaczynało zbierać coraz bardziej krwawe żniwo. Na tę chwilę trzech krasnoludów Yarpena, jeszcze żaden z ochotników. I oby tak to zostało do samego końca...
//Napisałem sobie posta, więc go wrzucę. Nienawidzę jak mnie ktoś uprzedza w takich momentach...
