Flamel, który właśnie beznamiętnie przyglądał się zmasakrowanym ciałom, usłyszał trzask. Jego źródło było oczywiste. Teleportacja. Odwrócił się. Natychmiast poznał łysego czarodzieja.
- Ach, Mistrz Lardis, jak miło... - rzucił na powitanie. Nim cokolwiek dodał, teleportowali się pozostali magowie. Piątka nowo przybyłych uzdrowicieli, oraz jeden, którego sprowadził Flamel natychmiast zabrała się do pracy. Najciężej rannych ostrożnie przeniesiono w bardziej odpowiednie miejsce. Czwórka magów zaczęła podawać im eliksiry i rzucać zaklęcia. Pozostali magowie, w liczbie trzech, zajęli się lżej rannymi Krukami, których życie nie było zagrożone z powodu ran. Na pewien czas, wśród zgiełku i hałasu, rozbrzmiewały szeptane inwokacje i rady magów, jak obchodzić się z opatrzonymi ranami. Sam Flamel, jako że nie opanował do tej pory zaklęć szkoły Naurangol, zajął się podawaniem eliksirów. Otworzył jedną ze skrzyń i wyciągnął szklana buteleczkę z miksturą. Podszedł do stojącego nieopodal Ergarda, którego ręka była poharatana.
- Trzymaj. Wypij wszystko i ani się waż to wypluć. Smakuje paskudnie, ale działa. - podał mu butelkę, po czym bez słowa więcej ruszył rozdać resztę mikstur.